Lotnisko JFK
szesnastego sierpnia nie wyglądało zapewnie jakoś inaczej niż w pozostałe dni
roku. Te same szare kafelki na podłodze, w których prawie można było się
przejrzeć, te same metalowe barierki, te same ogromne okna, ta sama hucząca
klimatyzacja. Nawet powitania i pożegnania wyglądały tak samo. Taki sobie
zwykły dzień na nowojorskim lotnisku. Tylko czemu ja, ściskając rączkę mojej
walizki, szłam do przodu niechętnym krokiem. Czemu nie chciałam opuścić tego
niczym niewyróżniającego się miejsca?
Ostatni raz
spojrzałam tęsknym wzrokiem na Nowy Jork i weszłam do terminalu. Nie mogłam się
zatrzymać. Nie mogłam zawrócić. Do przodu ciągnęła mnie ręka mojego chłopaka,
który okropnie cieszył się, że w końcu wracamy do Anglii, bo chciał jeszcze
trochę odpocząć przed trasą koncertową. Nie będzie go całe cztery miesiące.
Jaka szkoda...
Spojrzałam
na resztę naszej ferajny. Zayn i Liam szli na przedzie, dyskutując o czymś
zawzięcie. Lottie ukucnęła, żeby zawiązać sznurówkę, więc Zuzia i Fizzy, które
się z czegoś śmiały, zatrzymały się, by na nią poczekać. Gabi zmuszała Hazzę,
który świetnie się bawił, stawiając opór, żeby szedł do przodu. Przy okazji
chowała zażenowaną jego zachowaniem twarz w dłoniach. Za to Niall szedł kilka
kroków za nimi z granatową czapką baseballówką na głowie i przy okazji szukał
czegoś w swoim ciemnozielonym plecaku. Poczułam, że Lou mocniej ściska mnie za
rękę, jakby zauważył, że patrzę na Horana. Odruchowo odwróciłam wzrok.
Przypomniało mi się, jak niezwykle komiczna i drętwa była chwila, w której
Louis wyraził „wdzięczność” za to, że Niall uratował mnie od van D. Mruknął coś
w stylu: „Dzięki. Na twoim miejscu też bym tak postąpił”. Nic, tylko wywrócić
oczami. Gadać, wygłupiać się razem mogą, ale gdy tylko pojawia się mój temat,
stają się śmiertelnymi wrogami. To trochę chore, ale co ja mam zrobić, skoro
zakochali się obydwaj? Czy to moja wina? Nie kazałam zakochiwać się ani jednemu ani drugiemu.
W końcu,
choć myślałam, że dłużej to trwać już nie może, znaleźliśmy się na pokładzie
samolotu do Londynu. Mieliśmy miejscówki w klasie ekonomicznej, więc trochę
ciężko było się pomieścić. No i na szczęście chłopcy nie zrobili zbyt wielkiej
sensacji swoją obecnością. Raptem jakieś dwie dziewczyny mniej więcej w naszym
wieku chciały sobie zrobić z nimi zdjęcia, ale szybko wróciły na swoje miejsca,
gdy personel pokładowy powiedział, że blokują przejście, a ludzie chcą jeszcze
wsiąść do samolotu. Siedziałam wciśnięta na miejscu przy oknie, a obok mnie
zwaliła się Gabi, bo Harry się uparł, że chce siedzieć z Louisem. Już sama nie
wiem, co wolę... Osiem godzin z Lou i udawanie, że tak bardzo go kocham, czy
ośmiogodzinne przesłuchanie u G. I to i to mnie przerażało.
Podczas
kołowania udawałam, że pilnie przysłuchuję się stewardessom, które robiły demo.
Prawda jest taka, że znam to praktycznie na pamięć, zwłaszcza jeśli mam w domu
siostrę, która pracuje w tym zawodzie. Potem uważnie przeczytałam ulotkę z
zasadami bezpieczeństwa. Jak to kiedyś stwierdziłam, jeśli ją przeczytam i
poklepię samolot przed wejściem na pokład, to nie spadniemy. Jak na razie
działało.
Gdy tylko
samolot wystartował, postanowiłam założyć słuchawki i skorzystać z dobroci XXI
wieku w postaci telewizorków w zagłówkach siedzeń. Nie ma to jak wybór filmów,
których w ciągu ośmiu godzin nigdy w życiu nie zdążysz obejrzeć. Włączyłam
sobie „Wielkiego Gatsby'iego” i starałam się skupić, jednak wzrok
przeszywającej mnie swoim spojrzeniem G był irytujący. Mimo to postanowiłam
zachować kamienną twarz.
W końcu to
bezczynnie czekanie chyba jej się znudziło. Szybkim ruchem ręki wyszarpnęła
słuchawki z moich uszu.
- Ej! –
zaprotestowałam. - Ja tu film oglądam! - odezwałam się po polsku, żeby
ewentualnie nikt nas nie podsłuchał.
- A mi się
zdaje, że migasz się od odpowiedzi - popatrzyła na mnie pobłażliwie.
-
Odpowiedzi? Jakich znowu odpowiedzi? - westchnęłam.
- Ty masz
mnie za głupią? - spytała.
- Nie, ale
nadal nie rozumiem, o co ci chodzi. - Dobra, dokładnie rozumiałam, o co jej
chodzi.
- Przestań
pieprzyc i gadaj, co się wydarzyło w nocy po koncercie - Aha... Czyli jednak
bez owijania w bawełnę…
- Van der
Woodsen chciał mnie zgwałcić - odparłam, a dziewczyna wydała z siebie jęk
niezadowolenia.
- Tę cześć
znam, co było potem - powiedziała, kładąc nacisk na słowo „potem”.
- Przyszedł
sama wiesz kto. - Specjalnie nie użyłam jego imienia, żeby żaden ciekawski
nawet nie mógł się domyślić, o czym jest nasza rozmowa. - Znokautował van D i
zabrał mnie z powrotem do hotelu - kontynuowałam, starając się jak najbardziej
to przedłużyć.
- To też
wiem. Co dalej?
- Zaniósł
mnie do siebie do pokoju i zrobił mi herbaty. Potem rozmawialiśmy i doszliśmy
do wniosku, że bez sensu jest dalej się kłócić, no więc się pogodziliśmy.
- Tak?
- No, a
potem wróciłam do pokoju i poszłam spać - zakończyłam.
- A teraz
powiedz, jak było naprawdę.
- Ale tak
było naprawdę! - zaprotestowałam.
- Tak mi się
wydaje, że… ci nie wierzę!
- Nie
chcesz, nie wierz, ale tak było! - jęknęłam.
- Nie kupuję
tego! Gadaj, co się wydarzyło?
- Nic -
mruknęłam.
-
Całowaliście się?
- Skąd ten
pomysł?
- Z twojego
migania się i z tego zmieszania, które malowało się na twarzy pana skrzata -
stwierdziła, a ja westchnęłam. - Więc? - pośpieszyła mnie, świdrując mnie
wzrokiem. - Całowaliście się?
- Nie -
mruknęłam, czując, że zaczynam robić się czerwona, przy okazji patrząc na nią
morderczym wzrokiem.
- Och widzę,
że podążam w dobrym kierunku! – zapiszczała. - Ej... Ale ty na ogół nie się nie
rumienisz, jeśli chodzi o całowanie - spojrzała na mnie podejrzliwie, a ja
zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona. - Czyli było coś więcej?
Nie
odpowiedziałam, tylko założyłam z powrotem słuchawki na uszy i odwróciłam się
od niej z zaciętą miną, a ona szczerzyła się jak głupia. Czyżby się domyśliła?
Nawet jeśli... Mogłam być tego prawie pewna.
Dopiero, gdy
przyszedł czas na posiłek, zdjęłam słuchawki i jedząc, starałam się nie patrzeć
na Gabi. Ona w pewnym momencie pochyliła się w moją stronę.
-
Zrobiliście to? – szepnęła.
Zakrztusiłam
się kurczakiem i zaczęłam kaszleć jak nienormalna, gdy już się ogarnęłam i popiłam
wodą, spytałam:
- Co?!
- Chyba mnie
słyszałaś. To proste pytanie. Zrobiliście czy nie? - dopytywała z niezwykle
poważną miną. No i nici z zachowania tego tylko dla siebie... Jedyne, co mogę
zrobić, gdy ona tak mnie przeszywa wzrokiem, to przyznać się.
- Mhm.
- Co tam tak
mruczysz pod nosem, bo ja stara nie dosłyszę? - Czemu ona jest taka wredna?
- Mnie się
zdaje, że znasz już odpowiedz - stwierdziłam.
- Ale muszę
to usłyszeć z twoich ust. Nie ma tak łatwo! - Uśmiechnęła się z wyższością.
Westchnęłam i wywróciłam oczami.
- Tak,
zrobiliśmy to - poddałam się, prędzej czy później musiałabym jej to powiedzieć.
- Zadowolona?
Odpowiedział
mi wesoły pisk dziewczyny. Ona zachowuje się normalnie jak dziecko, które
dostało cukierka...
- Ej, to pan
skrzat wiedział, gdzie co ma wsadzić? - Myślałam, że jej zaraz coś zrobię.
- G! - Znowu
zrobiłam się czerwona.
- No co? On
na takiego, co by wiedział, nie wygląda - stwierdziła, wzruszając ramionami.
- Nie gadam
z tobą - stwierdziłam, odwracając się do niej plecami, ale ona szybko odkręciła
mnie z powrotem w swoją stronę.
- O nie,
moja droga! Nie skończyłam z tobą! - powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Czułam, że pieką mnie policzki. Do tego to zażenowanie.
- Proszę
cię...
- Nie! Coś
za bardzo się rumienisz! Po numerkach z pasiastym nie zachowywałaś się... -
zastanowiła się – w taki sposób. A może coś poszło nie tak? Może skrzat dostał
ataku astmy w kluczowym momencie?
- Weź już
nie zmyślaj głupot! - popatrzyłam na nią pobłażliwym wzrokiem. W sumie gdyby
tak się stało, gdyby naprawdę dostał ataku astmy, to z perspektywy czasu byłoby
to komiczne... i żenujące. A pomyśleć o tym mogła tylko G!
- No to jak
było? - Ta dziecięca ciekawość w jej oczach po prostu zabija...
- Dobrze -
odparłam krótko. Co ja mam jej zdać szczegółowe sprawozdanie?!
- Lepiej niż
z...?
- G!
Przestań! - zawołałam, a potem szybko przestawiłam się na angielski. - Harry!
Zamień się ze mną miejscami, błagam!
- Nie ma
mowy! My tu z Louisem rozwalamy jakieś marne państewko w fifie! - odparł, ku
uciesze G, Harry.
- No
widzisz, skarbie, Harry cię dziś nie uratuje! - wyszczerzyła się dziewczyna,
poprawiając się na swoim miejscu.
- Cudowne -
mruknęłam, a potem patrząc na jej podjaraną twarz. Dodałam. - Czemu tak
przeżywasz?
- Moja mała
Wiki już dorasta! - zapiszczała z rozanielanym wzrokiem, a ja popatrzyłam
na nią pobłażliwym wzrokiem.
- Dorosła
już trochę wcześniej...
-
Marchewkowy się nie liczy! - Wywróciłam oczami. I weź tu z taką gadaj!
- Nie
rozumiem twojej logiki - stwierdziłam.
- Nie martw
się, skarbie, i tak nie zrozumiesz. - Wyszczerzyła zęby.
Na szczęście
chyba postanowiła odpuścić mi resztę przesłuchania na dziś i mogłam w spokoju
obejrzeć film. Obawiałam się jednak, że to nie koniec z jej strony. Zbyt dobrze
ją znam.
Nim się
obejrzałam, samolot wylądował na londyńskim Heathrow i jakby nie mogło być po
prostu cudownej, lał deszcz i było pieruńsko zimno, w porównaniu z tym upałem w
NYC.
- Żegnaj,
słońce. Witaj, szara rzeczywistości - jęknęła Lottie. Nie mogła tego lepiej
ująć.
Droga do
domu Harry'ego i Louisa minęła nam w milczeniu. Niestety Zayn i Niall pojechali
do swoich mieszkań, więc była nas okrojona liczba. Liam postanowił, że jedzie z
nami, gdyż chce się pożegnać z Zuzią, bo już dziś jedziemy do Doncaster.
Gdy
weszliśmy do domu, czekał na nas pan Tomlinson, który od razu wyściskał swoje
córki i syna.
- To co?
Możemy jechać? – spytał. - Chciałbym dotrzeć tam jeszcze przed północą.
- Nawet nie
musimy się przepakowywać, więc tak - stwierdziła Lottie.
- O tak!
Nareszcie Doncaster! - zawołałam uradowana.
- Co to, to
nie, moja droga! - Louis zgasił mój zapał.
- Jak to? -
zdziwiłam się.
-
Zapomniałaś już o przesłuchaniu do szkoły baletowej, prawda? - przypomniała G,
a ja jęknęłam z niezadowoleniem.
- To jutro?
- spytałam.
- Tak.
- O której?
- O dwunastej
- odparł Lou. Nie ma to, jak mieć ludzi, którzy wszystko za ciebie pamiętają...
- To już za
30 godzin! – jęknęłam. - A ja jestem kompletnie nieprzygotowana! Nie robiłam
plié cztery miesiące!
- Twoim plié
akurat bym się nie martwiła - stwierdziła G.
- No dobra,
ale to nie zmienia sprawy, że jestem zupełnie nierozciągnięta!
- Weź już
nie marudź. - Zuzia popatrzyła na mnie pobłażliwie. - Będę trzymała kciuki.
- Dzięki -
uśmiechnęłam się.
- My też! -
Dodała Lottie. - A poza tym i tak widzimy się w weekend i albo zabieramy cię do
nas na tydzień…
- Albo już
tu zostajesz na dużo dłużej - wtrąciła Fizzy, robiąc smutną minkę.
- Będę
tęsknić! Do pierwszego wolnego weekendu - powiedziałam, żegnając się z
dziewczynami.
Nastąpił
ogólny czas pożegnań, którego tak bardzo nie lubię. Zerknęłam na Liama, który
przytulał właśnie Zuzię.
- Będę
tęsknił - szepnął do niej, a że stałam obok, wszystko słyszałam.
- Ja też –
odpowiedziała. - Proszę, nie zapomnij o mnie.
- Nie
umiałbym. Kocham cię. - Czy mi się zdaje, czy zaraz umrę z zazdrości? Ci to
mogą się kochać i nikt im tego nie zabroni.
- Ja ciebie
też - powiedziała dziewczyna i pocałowali się. Za słodkie, żeby mogło być
prawdziwe, a jednak. Z drugiej strony boję się, że będzie jej okropnie ciężko w
tej Polsce bez niego.
Po chwili
została nas już tylko czwórka, bo Liam pojechał do domu zaraz za nimi.
- To co
robimy? - spytał Harry.
- Ja szukam
sobie jakiegoś mieszkanka na wynajem - stwierdziła G.
- Przecież
możesz mieszkać z nami - powiedział Harry.
- Nie,
dzięki. Bardzo cię lubię, ale potrzebuję własnych czterech kątów. - Czy mi się
wydawało, czy Louis naprawdę odetchnął z ulgą, gdy to usłyszał?
- Trudno...
No to w takim wypadku może my obejrzymy jakiś film?
- A
oglądajcie! Ja muszę się rozciągnąć! - mruknęłam niepocieszona tym faktem.
- Nie możesz
tego robić przed telewizorem? - odezwała się G, za co zabiłam ją wzrokiem.
Liczyłam na chwilę spokoju w zamknięciu, ale nie dało rady.
Niedługo
potem siedzieliśmy w salonie i oglądaliśmy „Gwiezdne wojny: powrót Jedi”!
Chłopcy byli zdziwieni, że znam wszystkie teksty na pamięć, ale jak miałam
jakieś trzynaście lat, byłam w stanie oglądać to na okrągło! Lou i Harry
rzucali do siebie tekstami: „Luke, I’m your father” czy „These are not the
droids you are looking for”, a G z zażenowaniem zerkała na nich znad komputera,
w którym przeglądała oferty mieszkaniowe. Ja zaś położyłam się w sznurku na
podłodze przed telewizorem. Myślałam, że będzie ze mną gorzej, a jednak nie
było takiej masakry, jakiej się obawiałam. Oczywiście nie obyło się bez pisków
przerażenia Harolda, który twierdził, że tak umieją tylko wiedźmy, czarownice i
kosmici. Zastanawiałam się, którym byłam.
Pod koniec
filmu, gdy Darth Vader staje się dobry, normalnie łezka zakręciła mi się w oku,
bo to jest takie smutne, że on zaraz potem umiera! W pierwszej sekundzie
napisów końcowych z trudem podniosłam się z podłogi. Z trudem, bo po dwóch
godzinach leżenia w sznurku na zmienię ze szpagatami jest to trochę bolesne.
- Nie wiem
jak wy, ale ja muszę iść spać, bo chcę się wyspać przed jutrem - powiedziałam.
- A idź! My
tutaj jeszcze sobie coś pooglądamy - odparł Harry.
- Jeszcze
nie znalazłam mieszkania, więc też zostanę - dodała Gabi.
- No to do
jutra - powiedziałam i poszłam na górę do pokoju Louisa. Nie było jeszcze jakoś
wyjątkowo późno, ale wolałam się położyć. A jak to bywa, gdy następnego dnia ma
się wydarzyć coś stresującego, nie mogłam usunąć. Patrzyłam w sufit, a w mojej
głowie pojawiało się sto tysięcy rożnych myśli.
Jutro wielki
dzień, ale co jeśli nie dostanę się do tej szkoły baletowej? No bo przecież...
już raz mnie z niej wyrzucili. Nie jestem jakaś świetna, a przez trzy lata bez
codziennych lekcji człowiek zdążył się porządnie opuścić! No bo co z tego, że
jestem rozciągnięta? Boję się, że nie będę w stanie domknąć piątej pozycji albo
coś mi nie wyjdzie... albo przyczepią się, że mam za małe podbicie?!
Prychnęłam. Nie może być tak źle, prawda? Zawsze wtedy pozostaje jakaś elitarna
szkoła dla mózgów i mega bogatych dzieciaków, ale to nie dla mnie! Ja po prostu
muszę dostać się do szkoły baletowej! Tam mają internat! Ja nie chcę mieszkać w
jednym domu z Louisem i Harry’m! Nie dałabym rady... Chociaż w sumie nie
musiałabym z nimi mieszkać, mogłabym wprowadzić się do Gabi... Ale jednak
internat nadal wydaje się najciekawszą opcją.
Usłyszałam
śmiech Hazzy i Louisa z dołu. Zmroziło mi serce. Jestem złą dziewczyną dla
Louisa, ale nie mam wyboru. Nie chcę go ranić, ale muszę. Co jeśli będę
zmuszona wciąż go ranić? Van der Woodsen zapowiadał, że mamy być razem tak
długo, jak trwa kontrakt, a dla mnie to jest cała wieczność. Co jeśli on
wymyśli coś takiego, że nie będę mogła go nigdy zostawić? Kiedy nadejdzie ta
chwila, gdy Louis się o wszystkim dowie? Jak zachowa się po otrzymaniu
informacji, że go nie kocham i nie kochałam? Że tylko Niall się liczy?
A co jeśli
nigdy nie pozwolą mi być z Niallem? To nawet nie chodzi o problem z Lou, ale co
sobie ich fanki pomyślą, jak ja najpierw z jednym, a potem z drugim? Przecież
one nie znają naszej historii, nie wiedzą, że nie kocham Louisa, tylko Nialla.
Są przekonane, że mam z nim na pieńku. Gdyby tylko wiedziały... I tak by mnie
zabiły za przespanie się z 2/5 One Direction. Co jeśli nie daliby nam żyć? Co
jeśli Louis się załamie?
A jakby
właśnie się nam udało? Gdybyśmy w końcu otrzymali tę drugą szansę od losu i ją
wykorzystali jak należy? Gdybym mogła być z nim i tylko z nim? Co gdyby każde
kolejne noce w mojej przyszłości wyglądały jak ta w NYC? No oczywiście z
pominięciem początku... Co jeśli będę nie tylko kładła się spać, ale i budziła
przy Niallu? Co jeśli będę witać każdy dzień jego pocałunkiem? Co jeśli
pierwszą rzeczą, którą będę widzieć po przebudzeniu, będą jego błyszczące i
niezwykle jasne niebieskie oczy? Co jeśli uda mi się także spełnić marzenie o
szkole baletowej? Co jeśli ją skończę, a potem będę tańczyć w najlepszych
teatrach? Wtedy na pewno porzucę śpiewanie! Nie jestem sobie w stanie wyobrazić
siebie śpiewającej na koncertach, spędzającej życie na trasach
koncertowych, nagrywającej piosenki... To takie nierealne! Ja chcę tańczyć, nie
śpiewać! Może mi się uda! Może w końcu uwolnimy się od Modestu! Może będę mogła
tańczyć i być z Niallem... Tak bardzo chciałabym, żeby tak było... Bardzo,
bardzo, bardzo. Niczego tak mocno nie pragnę jak być z nim...
Jednakże,
znając moje szczęście, które ostatnio daje mi się we znaki, pewnie czeka mnie
rozczarowanie. Co ja zrobię, jeśli będę musiała śpiewać, jeśli nigdy nie
uwolnię się od Modestu, jeśli nie będę mogła tańczyć, jeśli będę musiała być z
Louisem? Co jeśli nigdy nie będę szczęśliwa? Jeśli będę zmuszona cierpieć już
zawsze? Czy tak bardzo nawaliłam, że muszę za to płacić?! Czy ktoś na górze nie
ma co robić? Jest tylu ludzi na tym świecie i żeby tak uwziąć się akurat na
mnie! Gorzej już by chyba być nie mogło, nie? Ale kto tam wie...
Nie wiem,
ile czasu minęło, odkąd się położyłam, gdy usłyszałam skrzypnięcie otwieranych
drzwi. Od razu zamknęłam oczy i udawałam, że śpię. Po chwili poczułam, jak
łóżko ugina się pod ciężarem Louisa. Nawet nie drgnęłam. Gdyby to był Niall,
odwróciłabym się w jego stronę i przytuliła się mocno. To by mi pomogło
przetrwać tę noc i wypocząć. Jednak postanowiłam się zadowolić przytulaniem do
poduszki. Dobrze, że leżałam plecami do Louisa, bo nie mógł zauważyć łzy, która
spłynęła mi po policzku.
Gdy się
obudziłam, Louisa już nie było. W przerażeniu zerknęłam na zegarek, przekonana,
że zaspałam. Na szczęście na zegarku była dopiero ósma piętnaście. A to
dziwne... To Lou na ogół śpi i śpi... Jeszcze do tego dochodzi jet lag, więc
powinien spać jak zabity... Trudno.
Dopiero, gdy
wygramoliłam się z łóżka i weszłam pod prysznic, dotarło do mnie, że to już
dziś egzamin! Nie! Ja nie jestem na to psychicznie gotowa! To nie dla mnie!
Wracam do łóżka... Nie. Nie możesz stchórzyć, Vi. Dasz radę. Pokażesz tej
jędzy, która cię wyrzuciła ze szkoły baletowej, że potrafisz, że nie jesteś
beznadziejna. Gdy już będę tańczyć jako solistka w Royal Ballet, to wyślę jej
zaproszenie na przedstawienie, żeby zobaczyła kogo wyrzuciła. Komu, jak to
powiedziała, „nie wróży większej przyszłości w tym zawodzie”. Tak, żeby jej
szczęka opadła, żebym z satysfakcją mogła w końcu spojrzeć jej prosto w oczy i
powiedzieć, że nawet jej nie udało się zrujnować mojego marzenia. Tak, Wiki...
A teraz powrót do rzeczywistości. Muszę się najpierw dostać do tej głupiej
szkoły.
Ubrałam się,
uczesałam włosy w koczek, co by mi nie przeszkadzały i schowałam potrzebne
rzeczy do torby. Czułam stres pomieszany z ekscytacją, który powodował takie
dziwne mrowienie w żołądku. Miałam nadzieję, że będę w stanie cokolwiek
przełknąć na śniadanie.
W końcu
wyszłam z pokoju i będąc na korytarzu, usłyszałam jakieś głosy z dołu. Coś ich
za dużo jak na Lou, Hazzę i Gabi. Po schodach prawie zbiegłam, a w kuchni
zastałam, jak mogłam się spodziewać, całe One Direction siedzące przy stole
śniadaniowym. Uśmiechnęłam się na ich widok. Powiedzmy, że na widok
wszystkich...
- No, no,
no! Kogo ja tu widzę! Cała ferajna! – zawołałam. - Skąd żeście się tu wzięli?
-
Stwierdzili, że chcą cię wspierać w tym wielkim dniu - wyjaśniła Gabi.
- Wow... To
miłe z waszej strony! - uśmiechnęłam się. - Za miłe, żebym w to uwierzyła. -
Zerknęłam na nich przez przymrużone powieki.
- Oj
skarbie, już nie narzekaj! My wszyscy chcemy pokazać ci to, że jakikolwiek nie
byłby wynik tego egzaminu, to my będziemy zawsze z tobą - powiedział Lou i
cmoknął mnie w usta. No mam nadzieję, że nie zawsze będziesz ze mną, skarbie...
- To słodkie
z waszej strony, chłopaki - odparłam i zajęłam jedyne wolne miejsce przy stole,
między Niallem a Louisem. Wymieniłam spojrzenia z tym pierwszym, uśmiechnął się
do mnie kącikiem ust i wrócił do jedzenia. Jakoś czułam, że nie będę w stanie
przełknąć nawet kawałka tosta. Nienawidzę ich jeść, a w szczególności, gdy mam
związany żołądek w supeł.
- Jak, Wiki?
Gotowa na egzamin? - spytał Liam.
- To chyba
jasne, że nie! - jęknęłam.
-
Przesadzasz, młoda - mruknęła Gabi.
- Ja wcale
nie przesadzam! Oni nigdy w życiu mnie nie przyjmą! - stwierdziłam.
- Chyba z
tobą aż tak źle, nie jest, prawda? - spytał Harry. - Przecież to, co robiłaś
wczoraj, to był kosmos!
- Styles,
tak każdy głupi by zrobił, to nie wystarczy, żeby dostać się do szkoły
baletowej – odparłam. - Obawiam się, że ja umiem za mało... - mruknęłam i
zostałam pozbawiona rąk. A to dlatego, że i Niall i Lou zdecydowali akurat
teraz złapać mnie za rękę. Na raz. I żaden się nie kapnął, że drugi też trzyma
moją dłoń. Tylko jak ja mam teraz jeść? Dzięki, chłopaki.
- Nie gadaj
głupot. Na pewno się dostaniesz - powiedział Louis.
- No bo kto,
jak nie ty? - dodał Niall.
- Zdziwiłbyś
się, ale dużo innych osób jest ode mnie lepszych.
- Przestań
być taką pesymistką! - syknęła Gabi. - Jeśli będziesz wmawiać sobie, że
się nie uda, to naprawdę tak będzie!
- Dobra. Uda
mi się. Zadowolona?
- Tak -
wyszczerzyła się - a ja, moja droga, chciałam cię poinformować, że za tydzień
zaczynam medycynę - powiedziała z dumą - i chyba już znalazłam mieszkanie!
Pojadę je dziś obejrzeć!
- Tylko
najpierw mnie zawieziesz na przesłuchanie, dobrze?
- Ja
chciałem cię zawieść - odezwał się Lou z urażoną minką.
- Loueh,
przecież wiesz, że nie chcę robić sensacji pierwszego dnia! - jęknęłam.
- Bo oni nie
wiedzą, kim ty jesteś i że jesteś ze mną - prychnął Louis.
- Co z tego,
że wiedzą, ale dla wszystkich pozostałych osób to będzie sensacja! Przecież od
dzisiaj ludzie zjeżdżają się do internatu! Nie chcę wyjść na taką, która
jeszcze zanim się dostała do szkoły, szpanuje swoimi znajomościami -
wytłumaczyłam. Chłopak ciężko westchnął.
- Niech ci
będzie…
- To
zbieramy się za godzinkę - oznajmiła Gabi - więc radzę ci się pośpieszyć.
- Właśnie,
czemu jeszcze nic nie zjadłaś? - spytał zatroskany Lou. - Wiesz, że musisz coś
zjeść, żeby nie zemdleć... Chyba aż tak się nie denerwujesz? - Nie, ale nie mam
jak jeść. Przydałaby się trzecia ręka albo trąba jak u słonia.
- Trzymasz
mnie za rękę, więc nie mam za bardzo jak jeść - mruknęłam.
- Przecież
masz jeszcze druga - stwierdził chłopak, patrząc na mnie dziwnym wzrokiem.
Zauważyłam, jak Gabi zerka na mnie z politowaniem z drugiej strony stołu.
Ups... O to chodzi, że właśnie nie mam. Obydwie są zamknięte w innych dłoniach
. Muszę teraz którąś puścić i najchętniej byłaby to dłoń Louisa, ale nabrałby
podejrzeń.
- No w sumie
- mruknęłam i z żalem serca uwolniłam dłoń z uścisku Nialla, praktycznie od
razu za nim tęskniąc. Zdążyłam jedynie posłać mu przepraszające spojrzenie i
musiałam usiłować cokolwiek zjeść za pomocą lewej ręki. Nie wiem, jak Nialler
jest w stanie być leworęcznym. Przecież ta ręka jest kompletnie bezużyteczna!
Weź tu posmaruj tosta nutellą lewą ręką! To frustrujące.
W końcu, gdy
już coś tam zjadłam, choć bardziej udawałam, że jem, poszłam po raz ostatni na
górę, po rzeczy. G powiedziała, że będzie czekać na mnie w samochodzie. Szybko
umyłam żeby, sprawdziłam, czy spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy i ostatni
raz zerknęłam w lustro. Wcale nie wyglądam na przerażoną, tylko odrobinkę.
Głęboki oddech, Wiki, już przez to kiedyś przechodziłaś, to nie jest nic
strasznego! Przeżyłaś próbę gwałtu, to tego nie przeżyjesz? No dobra. To trochę
niefortunne porównanie, ale... dam radę. Muszę dać, bo inaczej się zamorduję.
Spróbowałam się uśmiechnąć i skierowałam się na dół. Tam dostałam całusa od
Louisa i kopniaka na szczęście od Hazzy. Jak widać reszta się już zmyła.
Usłyszałam ostry dźwięk klaksonu z zewnątrz.
- Chyba na
mnie już czas - stwierdziłam.
- Idź i
dokop im wszystkim! - zawołał Harry.
- Tak! Pokaż
im, kto tu rządzi! - dodał Lou, a ja z lekkim uśmiechem na twarzy wyszłam za
drzwi.
Poczułam
ciepłe, choć już nieco chłodniejsze niż wcześniej sierpniowe powietrze. Czuć
było, że zbliża się już jesień. Na krawężniku stał zaparkowany czarny Range
Rover ze wszystkimi szybami przyciemnianymi. Oj G... Zabrała samochód
chłopakom. Ona naprawdę nie ma swojego? No tak, zapomniałabym... Trafił do
naprawy po tym, jak to ona ujęła, „jak jakiś głupek nie wiedział, że na rondzie
jeździ się na odwrót”. Westchnęłam cicho. Zostałam popędzona dźwiękiem
klaksonu, bo jak głupia stałam w miejscu na werandzie, jeśli tak można nazwać
to coś, co ją imituje i ma wymiary metr na metr. Coś ta Gabi nerwowa, przecież
aż tak nam się nie spieszy. Zeszłam po kamiennych schodkach i podeszłam do
samochodu od strony pasażera i otworzyłam drzwi, żeby wgramolić się do środka.
Nawet nie zerknęłam na dziewczynę, tylko zamknęłam drzwi i dopiero zapinając pasy,
odezwałam się:
- G, co ty
taka ne... - nie dokończyłam. Na miejscu kierowcy nie siedziała Gabi, tylko
Niall.
- Zamawiała
może pani podwózkę do szkoły baletowej? - spytał z szarmanckim uśmiechem na
twarzy. Boże, wyglądał w tamtej sekundzie zabójczo.
- Nialler.
Mogłam się tego spodziewać - uśmiechnęłam się. - To sprawka G? - spytałam.
- Powiedzmy,
że razem uknuliśmy ten spisek - odparł.
- Jesteście
nienormalni. Wiesz, co by było, gdyby Lou się dowiedział?
- Oj Wi...
Zbrodnia przygotowana przeze mnie i G, to zbrodnia doskonała - stwierdził i
mrugnął do mnie.
- A więc to
zbrodnia? - spytałam, a on wychylił się w moją stronę i chwyciwszy mnie za
podbródek, wpił się w moje usta. Bez wahania oddałam pocałunek. Zatopiłam palce
w jego włosach, a jego dłonie powędrowały na moją talię. Nie chciałam kończyć
tego pocałunku już nigdy. Przez te dwadzieścia parę godzin zdążyłam się
stęsknić za jego ustami.
- Teraz już
tak - wyszeptał i musnął moje wargi - i chętnie powiększyłbym skalę tej
zbrodni, ale muszę dopilnować, byś dotarła na egzamin o czasie – powiedział,
udając niezadowolenie w głosie i przekręcił kluczyk w stacyjce.
- Kiedyś to
sobie odbijemy - odparłam - a tylko będzie potrzebne nam jakieś świetne alibi,
żeby nikt nic nie podejrzewał.
- Tak, bo
alibi załatwione przez G, może w końcu nie zadziałać - zerknął na mnie z
tym swoim spojrzeniem z iskierkami, które sprawiało, że przechodziły mnie
przyjemne dreszcze.
- Właśnie, à
propos twojego alibi, co teraz niby robisz? - spytałam.
- Ja
aktualnie wracam do domu i potem siedzę i gram w fifę albo oglądam jakiś fajny
film.
- Ktoś może
to potwierdzić?
- Niestety
nie.
- Oj coś
słabe to pańskie alibi, panie Horan. Musi pan jeszcze nad nim popracować, żeby
działać w konspiracji - stwierdziłam.
- A więc to
konspiracja? - uniósł pytająco brew, ale nie spuszczał wzroku z drogi.
-
Najtajniejsza z najtajniejszych. Podziemie, do którego wróg nie może mieć
dostępu - odparłam.
- Ale mam
nadzieję, że w podziemiu nie będziesz kochać mnie mniej...
- W
podziemiu to nawet bardziej, Nialler, nawet bardziej.
-
Pocałowałbym cię teraz, ale nie chce doprowadzić do wypadku - powiedział. Boże,
jego głos brzmiał tak cholernie seksownie.
- Na to czas
jeszcze się znajdzie, a na cmentarz mi się nie spieszy.
- Mam
nadzieję, że znajdziemy wystarczająco dużo czasu.
- Nie
sądzisz, że nigdy nie będzie go wystarczająco? - spytałam.
- W takim
wypadku będzie trzeba go lepiej wykorzystywać... - Uniósł kącik ust w uśmiechu,
od którego w jego policzku pojawiał się malutki dołeczek, którego na pierwszy
rzut oka nikt nigdy nie zauważał. Ja zauważałam. Zauważałam każdy szczegół,
który czynił go wyjątkowym. Kochałam każdy centymetr jego ciała i każdy
fragment jego duszy, jeśli tak to można nazwać. Tak więc kochałam też ten
maleńki dołeczek w jego policzku i drobne pieprzyki na jego szyi i wiele innych
rzeczy, których wymienianie tutaj zajęłoby zbyt dużo czasu.
- Lepiej
wykorzystywać, powiadasz?
- Tak.
Wrócimy do nauki gry na gitarze, bo musisz to jeszcze podszkolić - odparł
głosem niewiniątka. Ach ten Horan...
- No tak,
tylko ty, mój drogi, wyjeżdżasz w połowie września w trasę koncertową.
- Mamy
jeszcze miesiąc - mrugnął do mnie.
- Ale ty za
miesiąc to już będziesz staruchem - zaśmiałam się.
- Nigdy
więcej bycia nastolatkiem... To mi się podoba.
- Nie
nadajesz się do niebycia nastolatkiem - stwierdziłam.
- A to
czemu?
- Po prostu
wolę cię jako nastolatka - wzruszyłam ramionami.
- Będziesz
musiała się przyzwyczaić, bo twój kochanek wkrótce przestanie nim być na zawsze
- wywróciłam oczami. Jak on siebie nazwał... Kochanek. Tak... Pójdę gdzieś z chłopakami, gdy będę ich
przedstawiać, to powiem: „To moi przyjaciele: Liam, Zayn i Harry, a to mój
chłopak Louis i kochanek Niall”. Uroczo, nie?
- Nieee… -
jęknęłam - Do tego nie będzie mnie na twoich urodzinach! Przez ślub siostry!
- Mnie wtedy
też nie ma – odparł.
- Przecież
trasa koncertowa zaczyna się dopiero 16 września - zdziwiłam się.
- Tak się
składa, że też jadę na ślub trzynastego września - odparł, a ja popatrzyłam na
niego zdziwiona.
- Nie ma to,
jak dwa śluby tego samego dnia w rożnych zakątkach świata. Nudno tam będzie bez
ciebie - stwierdziłam.
- Nie sądzę,
żeby było nudno, a poza tym ten ślub, na który jadę, też jest w Polsce.
- Co?! -
prawie zakrztusiłam się śliną. - Jak to w
Polsce?!
- Normalnie.
Przyjaciel mój i Grega z sąsiedztwa wychodzi za Polkę. Zaproszenia dostaliśmy
dopiero w czerwcu. Nie udało mi się niestety nigdy poznać tej jego narzeczonej,
bo prawie nigdy nie ma mnie w domu. Ale mam być jednym z dwójki drużbów -
uśmiechnął się.
- A ja będę
druhną - powiedziałam, a po chwili zastanowienia dodałam - Ej Niall, jak się
nazywa ta dziewczyna tego twojego przyjaciela? – spytałam. No co? Ciekawi mnie
to...
- Zawsze
miałem z tym problem. Jej nazwiska nie jestem w stanie zapamiętać. No
cholera... Jak ona miała na imię...
- Naprawdę
nie pamiętasz? - zaśmiałam się cicho.
- To nie
jest takie proste, jak myślisz – westchnął. - Zaraz sobie przypomnę! - Zrobił
minę, jakby intensywnie myślał. - Li… Nie, Lina... Nie! Ona ma chyba na imię
Karina!- stwierdził. Szkoda, a w mojej głowie już pojawiła się iskierka
nadziei... Nagle chłopak znowu się odezwał. - Wiem!
- Co wiesz?
- Narzeczona
Nate'a ma na imię Karolina! Jak mogłem zapomnieć?! - No fucking way.
Zaśmiałam się nerwowo. - Coś nie tak, Wiki?
- Nie, tylko
jak ma na nazwisko ten cały Nate?
- Nate
Welsh, a co? - A jednak! To po prostu jest jakaś ironia losu! Nate Karoliny,
przyjacielem Nialla Horana! I ja o tym nie wiedziałam! Jak?!
- Nialler,
ty jedziesz na ten sam ślub co ja... - powiedziałam głosem pełnym powagi.
- Co? Jak
to? - zdziwił się chłopak, przy okazji zatrzymując auto, bo zdążyliśmy dojechać
na miejsce.
- Normalnie!
Moja siostra Karolina wychodzi za mąż za Irlandczyka, Nate'a Welsh'a! Więc
jeśli jest jeszcze jedna taka sama para młoda, to idziemy na rożne śluby, a
jeśli nie to...
- Na ten
sam! - W jego oczach pojawiło się podekscytowanie. - Jaki ten świat jest mały!
- Mniejszy
niż myślałam... - uśmiechnęłam się.
- Rozumiem,
że sobie wtedy poszalejemy - puścił mi oczko.
- Przykro
mi, Ni, ale muszę zabrać ze sobą Louisa - mruknęłam.
- Jak to? -
zdziwił się chłopak.
- Bo „osoba
towarzysząca”. A rodzina mi nie chce odpuścić. W szczególności moja mama i
siostry... Stwierdziły, że muszą koniecznie poznać mojego chłopaka, a skoro to
Louis Tomlinson, to chcą go poznać dwa razy bardziej, a to jest do tego idealna
okazja.
- Do kitu. -
Chłopak zrobił smutną minkę. - Ale zachowasz dla mnie chociaż jeden taniec?
- Brzmisz,
jakbyśmy byli w dziewiętnastym wieku.
- A ty
jesteś wredna.
- Ej! –
Popatrzyłam na niego przez przymrużone powieki. - Wcale nie jestem wredna!
-
Polemizowałbym na ten temat.
- Horan... -
wycedziłam przez zęby.
- Co,
Mieczkowska? - Nie był w stanie powstrzymać uśmiechu. Chciał zapewne zabrzmieć
tak łobuzersko, ale coś mu nie wyszło, bo sposób, w który wymawiał moje
nazwisko był najzwyczajniej w świecie słodki.
- Widzę, że
musisz się jeszcze podszkolić w wypowiadaniu polskich nazwisk - westchnęłam.
- Tak
myślisz?
- Ja to
wiem. Powtórzysz sobie jeszcze z kilkadziesiąt razy, a wtedy powinniśmy
zauważyć postępy... - powiedziałam głosem godnym znudzonego życiem nauczyciela.
- Krzyczenie
też się liczy? - spytał, przeczesując palcami blond czuprynę.
- Tylko
sobie gardło niepotrzebnie zedrzesz, panie piosenkarzu.
- A co
jakbyś to ty w pewnym sensie zmusiła mnie do wykrzyczenia twojego nazwiska? -
Zobaczyłam ten błysk w jego oczach i poczułam, że robi mi się gorąco.
- Wyczuwam
jakieś niemoralne propozycje w pańskiej wypowiedzi, panie Horan.
- Ty to
powiedziałaś, nie ja! - wzruszył ramionami, robiąc minę niewiniątka.
- Osz ty! -
Zmierzyłam go wzrokiem, a on zaśmiał się, zapewne na cudowny widok wkurzonej
mnie. - Ja sobie stąd idę - mruknęłam, odpinając pasy - bo się jeszcze spóźnię.
- Położyłam dłoń na klamce i zerknęłam na chłopaka.
- Wyjdziesz
tak bez pożegnania? - spytał.
- Tylko
wtedy, jeśli ty pozwolisz mi bez niego odejść - odparłam. Po chwili nasze usta
połączyły się w delikatnym pocałunku. Miałam ochotę podziękować w tamtej chwili
temu, kto wymyślił przyciemniane szyby, bo inaczej moglibyśmy się znaleźć w
tarapatach.
-
Powodzenia, skarbie - szepnął, a potem musnął moje usta. Wzięłam głęboki wdech
i po raz ostatni zerkając na chłopaka, wyszłam z samochodu.
Znajdowałam
się na terenie campusu Royal Ballet School. Budynki były zapewne stare, ale
zarazem niezwykle piękne. Od razu można było zauważyć, że to placówka, która ma
związek z kulturą i sztuką. Chociaż do początku roku szkolnego pozostał jeszcze
prawie cały weekend (uroki edukacji w Anglii), na terenie szkoły było sporo
dzieciaków i nastolatków. Spora cześć z nich już dziś zakwaterowywała się w
internacie. Jeśli mi się uda, to od przyszłego tygodnia też będę tu mieszkać.
Na co mam ogromną nadzieję. To byłoby dla mnie jak zbawienie. Nie ma opcji,
muszę się dostać! Po prostu muszę!
Po kilku
głębokich oddechach i krokach na nogach z waty, przekroczyłam próg głównego
budynku Royal Ballet School, by znaleźć się w wielkim białym holu.
----------
przepraszam, że tyle mnie nie było, ale moje życie jest teraz szalone i straciłam wenę. mam nadzieje, że mnie jeszcze kochacie. Komentujcie!
-Wiku.
powiem Ci szczerze, że tyle Cię nie było, że bardzo łatwo stracić wątek. Twój styl pisania nadal wciąga, ale trochę nużyły mnie kolejne rozterki emocjonalne Wiki, jakoś nagle dużo się ich zrobiło
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz jak się ucieszyłam kiedy zobaczyłam, że jest nowy rozdział :) Mam nadzieję, że będziesz pisać częściej.
OdpowiedzUsuńmiło mi słyszeć, że ktoś nadal chce to czytać! i też mam nadzieję, że będę pisać częściej, bo chce skończyć tę historię, dociągnąć ją do końca, jednak mam teraz tyle spraw na głowie, że nie będę na pewno dodawać co tydzień, jak kiedyś... przykro mi... ale nie martw się, nie zostawię tego tak! sama chcę wiedzieć, jak ta historia się skończy
UsuńMy dearest Vee, tak sobie myślę, że bosko było czytać ten i inne twoje fanfiki, gdyż są częścią mojego dorastania i mam do nich wiepki sentyment.. <3
OdpowiedzUsuń