czwartek, 5 czerwca 2014

54. How in Poland?



Lotnisko JFK szesnastego sierpnia nie wyglądało zapewnie jakoś inaczej niż w pozostałe dni roku. Te same szare kafelki na podłodze, w których prawie można było się przejrzeć, te same metalowe barierki, te same ogromne okna, ta sama hucząca klimatyzacja. Nawet powitania i pożegnania wyglądały tak samo. Taki sobie zwykły dzień na nowojorskim lotnisku. Tylko czemu ja, ściskając rączkę mojej walizki, szłam do przodu niechętnym krokiem. Czemu nie chciałam opuścić tego niczym niewyróżniającego się miejsca?
Ostatni raz spojrzałam tęsknym wzrokiem na Nowy Jork i weszłam do terminalu. Nie mogłam się zatrzymać. Nie mogłam zawrócić. Do przodu ciągnęła mnie ręka mojego chłopaka, który okropnie cieszył się, że w końcu wracamy do Anglii, bo chciał jeszcze trochę odpocząć przed trasą koncertową. Nie będzie go całe cztery miesiące. Jaka szkoda...
Spojrzałam na resztę naszej ferajny. Zayn i Liam szli na przedzie, dyskutując o czymś zawzięcie. Lottie ukucnęła, żeby zawiązać sznurówkę, więc Zuzia i Fizzy, które się z czegoś śmiały, zatrzymały się, by na nią poczekać. Gabi zmuszała Hazzę, który świetnie się bawił, stawiając opór, żeby szedł do przodu. Przy okazji chowała zażenowaną jego zachowaniem twarz w dłoniach. Za to Niall szedł kilka kroków za nimi z granatową czapką baseballówką na głowie i przy okazji szukał czegoś w swoim ciemnozielonym plecaku. Poczułam, że Lou mocniej ściska mnie za rękę, jakby zauważył, że patrzę na Horana. Odruchowo odwróciłam wzrok. Przypomniało mi się, jak niezwykle komiczna i drętwa była chwila, w której Louis wyraził „wdzięczność” za to, że Niall uratował mnie od van D. Mruknął coś w stylu: „Dzięki. Na twoim miejscu też bym tak postąpił”. Nic, tylko wywrócić oczami. Gadać, wygłupiać się razem mogą, ale gdy tylko pojawia się mój temat, stają się śmiertelnymi wrogami. To trochę chore, ale co ja mam zrobić, skoro zakochali się obydwaj? Czy to moja wina? Nie kazałam  zakochiwać się ani jednemu ani drugiemu.
W końcu, choć myślałam, że dłużej to trwać już nie może, znaleźliśmy się na pokładzie samolotu do Londynu. Mieliśmy miejscówki w klasie ekonomicznej, więc trochę ciężko było się pomieścić. No i na szczęście chłopcy nie zrobili zbyt wielkiej sensacji swoją obecnością. Raptem jakieś dwie dziewczyny mniej więcej w naszym wieku chciały sobie zrobić z nimi zdjęcia, ale szybko wróciły na swoje miejsca, gdy personel pokładowy powiedział, że blokują przejście, a ludzie chcą jeszcze wsiąść do samolotu. Siedziałam wciśnięta na miejscu przy oknie, a obok mnie zwaliła się Gabi, bo Harry się uparł, że chce siedzieć z Louisem. Już sama nie wiem, co wolę... Osiem godzin z Lou i udawanie, że tak bardzo go kocham, czy ośmiogodzinne przesłuchanie u G. I to i to mnie przerażało.
Podczas kołowania udawałam, że pilnie przysłuchuję się stewardessom, które robiły demo. Prawda jest taka, że znam to praktycznie na pamięć, zwłaszcza jeśli mam w domu siostrę, która pracuje w tym zawodzie. Potem uważnie przeczytałam ulotkę z zasadami bezpieczeństwa. Jak to kiedyś stwierdziłam, jeśli ją przeczytam i poklepię samolot przed wejściem na pokład, to nie spadniemy. Jak na razie działało.
Gdy tylko samolot wystartował, postanowiłam założyć słuchawki i skorzystać z dobroci XXI wieku w postaci telewizorków w zagłówkach siedzeń. Nie ma to jak wybór filmów, których w ciągu ośmiu godzin nigdy w życiu nie zdążysz obejrzeć. Włączyłam sobie „Wielkiego Gatsby'iego” i starałam się skupić, jednak wzrok przeszywającej mnie swoim spojrzeniem G był irytujący. Mimo to postanowiłam zachować kamienną twarz.
W końcu to bezczynnie czekanie chyba jej się znudziło. Szybkim ruchem ręki wyszarpnęła słuchawki z moich uszu.
- Ej! – zaprotestowałam. - Ja tu film oglądam! - odezwałam się po polsku, żeby ewentualnie nikt nas nie podsłuchał.
- A mi się zdaje, że migasz się od odpowiedzi - popatrzyła na mnie pobłażliwie.
- Odpowiedzi? Jakich znowu odpowiedzi? - westchnęłam.
- Ty masz mnie za głupią? - spytała.
- Nie, ale nadal nie rozumiem, o co ci chodzi. - Dobra, dokładnie rozumiałam, o co jej chodzi.
- Przestań pieprzyc i gadaj, co się wydarzyło w nocy po koncercie - Aha... Czyli jednak bez owijania w bawełnę…
- Van der Woodsen chciał mnie zgwałcić - odparłam,  a dziewczyna wydała z siebie jęk niezadowolenia.
- Tę cześć znam, co było potem - powiedziała, kładąc nacisk na słowo „potem”.
- Przyszedł sama wiesz kto. - Specjalnie nie użyłam jego imienia, żeby żaden ciekawski nawet nie mógł się domyślić, o czym jest nasza rozmowa. - Znokautował van D i zabrał mnie z powrotem do hotelu - kontynuowałam, starając się jak najbardziej to przedłużyć.
- To też wiem. Co dalej?
- Zaniósł mnie do siebie do pokoju i zrobił mi herbaty. Potem rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że bez sensu jest dalej się kłócić, no więc się pogodziliśmy.
- Tak?
- No, a potem wróciłam do pokoju i poszłam spać - zakończyłam.
- A teraz powiedz, jak było naprawdę.
- Ale tak było naprawdę! - zaprotestowałam.
- Tak mi się wydaje, że… ci nie wierzę!
- Nie chcesz, nie wierz, ale tak było! - jęknęłam.
- Nie kupuję tego! Gadaj, co się wydarzyło?
- Nic - mruknęłam.
- Całowaliście się?
- Skąd ten pomysł?
- Z twojego migania się i z tego zmieszania, które malowało się na twarzy pana skrzata - stwierdziła, a ja westchnęłam. - Więc? - pośpieszyła mnie, świdrując mnie wzrokiem. - Całowaliście się?
- Nie - mruknęłam, czując, że zaczynam robić się czerwona, przy okazji patrząc na nią morderczym wzrokiem.
- Och widzę, że podążam w dobrym kierunku! – zapiszczała. - Ej... Ale ty na ogół nie się nie rumienisz, jeśli chodzi o całowanie - spojrzała na mnie podejrzliwie, a ja zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona. - Czyli było coś więcej?
Nie odpowiedziałam, tylko założyłam z powrotem słuchawki na uszy i odwróciłam się od niej z zaciętą miną, a ona szczerzyła się jak głupia. Czyżby się domyśliła? Nawet jeśli... Mogłam być tego prawie pewna.
Dopiero, gdy przyszedł czas na posiłek, zdjęłam słuchawki i jedząc, starałam się nie patrzeć na Gabi. Ona w pewnym momencie pochyliła się w moją stronę.
- Zrobiliście to? – szepnęła.
Zakrztusiłam się kurczakiem i zaczęłam kaszleć jak nienormalna, gdy już się ogarnęłam i popiłam wodą, spytałam:
- Co?!
- Chyba mnie słyszałaś. To proste pytanie. Zrobiliście czy nie? - dopytywała z niezwykle poważną miną. No i nici z zachowania tego tylko dla siebie... Jedyne, co mogę zrobić, gdy ona tak mnie przeszywa wzrokiem, to przyznać się.
- Mhm.
- Co tam tak mruczysz pod nosem, bo ja stara nie dosłyszę? - Czemu ona jest taka wredna?
- Mnie się zdaje, że znasz już odpowiedz - stwierdziłam.
- Ale muszę to usłyszeć z twoich ust. Nie ma tak łatwo! - Uśmiechnęła się z wyższością. Westchnęłam i wywróciłam oczami.
- Tak, zrobiliśmy to - poddałam się, prędzej czy później musiałabym jej to powiedzieć. - Zadowolona?
Odpowiedział mi wesoły pisk dziewczyny. Ona zachowuje się normalnie jak dziecko, które dostało cukierka...
- Ej, to pan skrzat wiedział, gdzie co ma wsadzić? - Myślałam, że jej zaraz coś zrobię.
- G! - Znowu zrobiłam się czerwona.
- No co? On na takiego, co by wiedział, nie wygląda - stwierdziła, wzruszając ramionami.
- Nie gadam z tobą - stwierdziłam, odwracając się do niej plecami, ale ona szybko odkręciła mnie z powrotem w swoją stronę.
- O nie, moja droga! Nie skończyłam z tobą! - powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu. Czułam, że pieką mnie policzki. Do tego to zażenowanie.
- Proszę cię...
- Nie! Coś za bardzo się rumienisz! Po numerkach z pasiastym nie zachowywałaś się... - zastanowiła się – w taki sposób. A może coś poszło nie tak? Może skrzat dostał ataku astmy w kluczowym momencie?
- Weź już nie zmyślaj głupot! - popatrzyłam na nią pobłażliwym wzrokiem. W sumie gdyby tak się stało, gdyby naprawdę dostał ataku astmy, to z perspektywy czasu byłoby to komiczne... i żenujące. A pomyśleć o tym mogła tylko G!
- No to jak było? - Ta dziecięca ciekawość w jej oczach po prostu zabija...
- Dobrze - odparłam krótko. Co ja mam jej zdać szczegółowe sprawozdanie?!
- Lepiej niż z...?
- G! Przestań! - zawołałam, a potem szybko przestawiłam się na angielski. - Harry! Zamień się ze mną miejscami, błagam!
- Nie ma mowy! My tu z Louisem rozwalamy jakieś marne państewko w fifie! - odparł, ku uciesze G, Harry.
- No widzisz, skarbie, Harry cię dziś nie uratuje! - wyszczerzyła się dziewczyna, poprawiając się na swoim miejscu.
- Cudowne - mruknęłam, a potem patrząc na jej podjaraną twarz. Dodałam. - Czemu tak przeżywasz?
- Moja mała Wiki już dorasta! - zapiszczała z rozanielanym wzrokiem, a ja popatrzyłam na nią pobłażliwym wzrokiem.
- Dorosła już trochę wcześniej...
- Marchewkowy się nie liczy! - Wywróciłam oczami. I weź tu z taką gadaj!
- Nie rozumiem twojej logiki - stwierdziłam.
- Nie martw się, skarbie, i tak nie zrozumiesz. - Wyszczerzyła zęby.
Na szczęście chyba postanowiła odpuścić mi resztę przesłuchania na dziś i mogłam w spokoju obejrzeć film. Obawiałam się jednak, że to nie koniec z jej strony. Zbyt dobrze ją znam.
Nim się obejrzałam, samolot wylądował na londyńskim Heathrow i jakby nie mogło być po prostu cudownej, lał deszcz i było pieruńsko zimno, w porównaniu z tym upałem w NYC.
- Żegnaj, słońce. Witaj, szara rzeczywistości - jęknęła Lottie. Nie mogła tego lepiej ująć.
Droga do domu Harry'ego i Louisa minęła nam w milczeniu. Niestety Zayn i Niall pojechali do swoich mieszkań, więc była nas okrojona liczba. Liam postanowił, że jedzie z nami, gdyż chce się pożegnać z Zuzią, bo już dziś jedziemy do Doncaster.
Gdy weszliśmy do domu, czekał na nas pan Tomlinson, który od razu wyściskał swoje córki i syna.
- To co? Możemy jechać? – spytał. - Chciałbym dotrzeć tam jeszcze przed północą.
- Nawet nie musimy się przepakowywać, więc tak - stwierdziła Lottie.
- O tak! Nareszcie Doncaster! - zawołałam uradowana.
- Co to, to nie, moja droga! - Louis zgasił mój zapał.
- Jak to? - zdziwiłam się.
- Zapomniałaś już o przesłuchaniu do szkoły baletowej, prawda? - przypomniała G, a ja jęknęłam z niezadowoleniem.
- To jutro? - spytałam.
- Tak.
- O której?
- O dwunastej - odparł Lou. Nie ma to, jak mieć ludzi, którzy wszystko za ciebie pamiętają...
- To już za 30 godzin! – jęknęłam. - A ja jestem kompletnie nieprzygotowana! Nie robiłam plié cztery miesiące!
- Twoim plié akurat bym się nie martwiła - stwierdziła G.
- No dobra, ale to nie zmienia sprawy, że jestem zupełnie nierozciągnięta!
- Weź już nie marudź. - Zuzia popatrzyła na mnie pobłażliwie. - Będę trzymała kciuki.
- Dzięki - uśmiechnęłam się.
- My też! - Dodała Lottie. - A poza tym i tak widzimy się w weekend i albo zabieramy cię do nas na tydzień…
- Albo już tu zostajesz na dużo dłużej - wtrąciła Fizzy, robiąc smutną minkę.
- Będę tęsknić! Do pierwszego wolnego weekendu - powiedziałam, żegnając się z dziewczynami.
Nastąpił ogólny czas pożegnań, którego tak bardzo nie lubię. Zerknęłam na Liama, który przytulał właśnie Zuzię.
- Będę tęsknił - szepnął do niej, a że stałam obok, wszystko słyszałam.
- Ja też – odpowiedziała. - Proszę, nie zapomnij o mnie.
- Nie umiałbym. Kocham cię. - Czy mi się zdaje, czy zaraz umrę z zazdrości? Ci to mogą się kochać i nikt im tego nie zabroni.
- Ja ciebie też - powiedziała dziewczyna i pocałowali się. Za słodkie, żeby mogło być prawdziwe, a jednak. Z drugiej strony boję się, że będzie jej okropnie ciężko w tej Polsce bez niego.
Po chwili została nas już tylko czwórka, bo Liam pojechał do domu zaraz za nimi.
- To co robimy? - spytał Harry.
- Ja szukam sobie jakiegoś mieszkanka na wynajem - stwierdziła G.
- Przecież możesz mieszkać z nami - powiedział Harry.
- Nie, dzięki. Bardzo cię lubię, ale potrzebuję własnych czterech kątów. - Czy mi się wydawało, czy Louis naprawdę odetchnął z ulgą, gdy to usłyszał?
- Trudno... No to w takim wypadku może my obejrzymy jakiś film?
- A oglądajcie! Ja muszę się rozciągnąć! - mruknęłam niepocieszona tym faktem.
- Nie możesz tego robić przed telewizorem? - odezwała się G, za co zabiłam ją wzrokiem. Liczyłam na chwilę spokoju w zamknięciu, ale nie dało rady.
Niedługo potem siedzieliśmy w salonie i oglądaliśmy „Gwiezdne wojny: powrót Jedi”! Chłopcy byli zdziwieni, że znam wszystkie teksty na pamięć, ale jak miałam jakieś trzynaście lat, byłam w stanie oglądać to na okrągło! Lou i Harry rzucali do siebie tekstami: „Luke, I’m your father” czy „These are not the droids you are looking for”, a G z zażenowaniem zerkała na nich znad komputera, w którym przeglądała oferty mieszkaniowe. Ja zaś położyłam się w sznurku na podłodze przed telewizorem. Myślałam, że będzie ze mną gorzej, a jednak nie było takiej masakry, jakiej się obawiałam. Oczywiście nie obyło się bez pisków przerażenia Harolda, który twierdził, że tak umieją tylko wiedźmy, czarownice i kosmici. Zastanawiałam się, którym byłam.
Pod koniec filmu, gdy Darth Vader staje się dobry, normalnie łezka zakręciła mi się w oku, bo to jest takie smutne, że on zaraz potem umiera! W pierwszej sekundzie napisów końcowych z trudem podniosłam się z podłogi. Z trudem, bo po dwóch godzinach leżenia w sznurku na zmienię ze szpagatami jest to trochę bolesne.
- Nie wiem jak wy, ale ja muszę iść spać, bo chcę się wyspać przed jutrem - powiedziałam.
- A idź! My tutaj jeszcze sobie coś pooglądamy - odparł Harry.
- Jeszcze nie znalazłam mieszkania, więc też zostanę - dodała Gabi.
- No to do jutra - powiedziałam i poszłam na górę do pokoju Louisa. Nie było jeszcze jakoś wyjątkowo późno, ale wolałam się położyć. A jak to bywa, gdy następnego dnia ma się wydarzyć coś stresującego, nie mogłam usunąć. Patrzyłam w sufit, a w mojej głowie pojawiało się sto tysięcy rożnych myśli.
Jutro wielki dzień, ale co jeśli nie dostanę się do tej szkoły baletowej? No bo przecież... już raz mnie z niej wyrzucili. Nie jestem jakaś świetna, a przez trzy lata bez codziennych lekcji człowiek zdążył się porządnie opuścić! No bo co z tego, że jestem rozciągnięta? Boję się, że nie będę w stanie domknąć piątej pozycji albo coś mi nie wyjdzie... albo przyczepią się, że mam za małe podbicie?! Prychnęłam. Nie może być tak źle, prawda? Zawsze wtedy pozostaje jakaś elitarna szkoła dla mózgów i mega bogatych dzieciaków, ale to nie dla mnie! Ja po prostu muszę dostać się do szkoły baletowej! Tam mają internat! Ja nie chcę mieszkać w jednym domu z Louisem i Harry’m! Nie dałabym rady... Chociaż w sumie nie musiałabym z nimi mieszkać, mogłabym wprowadzić się do Gabi... Ale jednak internat nadal wydaje się najciekawszą opcją.
Usłyszałam śmiech Hazzy i Louisa z dołu. Zmroziło mi serce. Jestem złą dziewczyną dla Louisa, ale nie mam wyboru. Nie chcę go ranić, ale muszę. Co jeśli będę zmuszona wciąż go ranić? Van der Woodsen zapowiadał, że mamy być razem tak długo, jak trwa kontrakt, a dla mnie to jest cała wieczność. Co jeśli on wymyśli coś takiego, że nie będę mogła go nigdy zostawić? Kiedy nadejdzie ta chwila, gdy Louis się o wszystkim dowie? Jak zachowa się po otrzymaniu informacji, że go nie kocham i nie kochałam? Że tylko Niall się liczy?
A co jeśli nigdy nie pozwolą mi być z Niallem? To nawet nie chodzi o problem z Lou, ale co sobie ich fanki pomyślą, jak ja najpierw z jednym, a potem z drugim? Przecież one nie znają naszej historii, nie wiedzą, że nie kocham Louisa, tylko Nialla. Są przekonane, że mam z nim na pieńku. Gdyby tylko wiedziały... I tak by mnie zabiły za przespanie się z 2/5 One Direction. Co jeśli nie daliby nam żyć? Co jeśli Louis się załamie?
A jakby właśnie się nam udało? Gdybyśmy w końcu otrzymali tę drugą szansę od losu i ją wykorzystali jak należy? Gdybym mogła być z nim i tylko z nim? Co gdyby każde kolejne noce w mojej przyszłości wyglądały jak ta w NYC? No oczywiście z pominięciem początku... Co jeśli będę nie tylko kładła się spać, ale i budziła przy Niallu? Co jeśli będę witać każdy dzień jego pocałunkiem? Co jeśli pierwszą rzeczą, którą będę widzieć po przebudzeniu, będą jego błyszczące i niezwykle jasne niebieskie oczy? Co jeśli uda mi się także spełnić marzenie o szkole baletowej? Co jeśli ją skończę, a potem będę tańczyć w najlepszych teatrach? Wtedy na pewno porzucę śpiewanie! Nie jestem sobie w stanie wyobrazić siebie śpiewającej na koncertach,  spędzającej życie na trasach koncertowych, nagrywającej piosenki... To takie nierealne! Ja chcę tańczyć, nie śpiewać! Może mi się uda! Może w końcu uwolnimy się od Modestu! Może będę mogła tańczyć i być z Niallem... Tak bardzo chciałabym, żeby tak było... Bardzo, bardzo, bardzo. Niczego tak mocno nie pragnę jak być z nim...
Jednakże, znając moje szczęście, które ostatnio daje mi się we znaki, pewnie czeka mnie rozczarowanie. Co ja zrobię, jeśli będę musiała śpiewać, jeśli nigdy nie uwolnię się od Modestu, jeśli nie będę mogła tańczyć, jeśli będę musiała być z Louisem? Co jeśli nigdy nie będę szczęśliwa? Jeśli będę zmuszona cierpieć już zawsze? Czy tak bardzo nawaliłam, że muszę za to płacić?! Czy ktoś na górze nie ma co robić? Jest tylu ludzi na tym świecie i żeby tak uwziąć się akurat na mnie! Gorzej już by chyba być nie mogło, nie? Ale kto tam wie...
Nie wiem, ile czasu minęło, odkąd się położyłam, gdy usłyszałam skrzypnięcie otwieranych drzwi. Od razu zamknęłam oczy i udawałam, że śpię. Po chwili poczułam, jak łóżko ugina się pod ciężarem Louisa. Nawet nie drgnęłam. Gdyby to był Niall, odwróciłabym się w jego stronę i przytuliła się mocno. To by mi pomogło przetrwać tę noc i wypocząć. Jednak postanowiłam się zadowolić przytulaniem do poduszki. Dobrze, że leżałam plecami do Louisa, bo nie mógł zauważyć łzy, która spłynęła mi po policzku.
Gdy się obudziłam, Louisa już nie było. W przerażeniu zerknęłam na zegarek, przekonana, że zaspałam. Na szczęście na zegarku była dopiero ósma piętnaście. A to dziwne... To Lou na ogół śpi i śpi... Jeszcze do tego dochodzi jet lag, więc powinien spać jak zabity... Trudno.
Dopiero, gdy wygramoliłam się z łóżka i weszłam pod prysznic, dotarło do mnie, że to już dziś egzamin! Nie! Ja nie jestem na to psychicznie gotowa! To nie dla mnie! Wracam do łóżka... Nie. Nie możesz stchórzyć, Vi. Dasz radę. Pokażesz tej jędzy, która cię wyrzuciła ze szkoły baletowej, że potrafisz, że nie jesteś beznadziejna. Gdy już będę tańczyć jako solistka w Royal Ballet, to wyślę jej zaproszenie na przedstawienie, żeby zobaczyła kogo wyrzuciła. Komu, jak to powiedziała, „nie wróży większej przyszłości w tym zawodzie”. Tak, żeby jej szczęka opadła, żebym z satysfakcją mogła w końcu spojrzeć jej prosto w oczy i powiedzieć, że nawet jej nie udało się zrujnować mojego marzenia. Tak, Wiki... A teraz powrót do rzeczywistości. Muszę się najpierw dostać do tej głupiej szkoły.
Ubrałam się, uczesałam włosy w koczek, co by mi nie przeszkadzały i schowałam potrzebne rzeczy do torby. Czułam stres pomieszany z ekscytacją, który powodował takie dziwne mrowienie w żołądku. Miałam nadzieję, że będę w stanie cokolwiek przełknąć na śniadanie.
W końcu wyszłam z pokoju i będąc na korytarzu, usłyszałam jakieś głosy z dołu. Coś ich za dużo jak na Lou, Hazzę i Gabi. Po schodach prawie zbiegłam, a w kuchni zastałam, jak mogłam się spodziewać, całe One Direction siedzące przy stole śniadaniowym. Uśmiechnęłam się na ich widok. Powiedzmy, że na widok wszystkich...
- No, no, no! Kogo ja tu widzę! Cała ferajna! – zawołałam. - Skąd żeście się tu wzięli?
- Stwierdzili, że chcą cię wspierać w tym wielkim dniu - wyjaśniła Gabi.
- Wow... To miłe z waszej strony! - uśmiechnęłam się. - Za miłe, żebym w to uwierzyła. - Zerknęłam na nich przez przymrużone powieki.
- Oj skarbie, już nie narzekaj! My wszyscy chcemy pokazać ci to, że jakikolwiek nie byłby wynik tego egzaminu, to my będziemy zawsze z tobą - powiedział Lou i cmoknął mnie w usta. No mam nadzieję, że nie zawsze będziesz ze mną, skarbie...
- To słodkie z waszej strony, chłopaki - odparłam i zajęłam jedyne wolne miejsce przy stole, między Niallem a Louisem. Wymieniłam spojrzenia z tym pierwszym, uśmiechnął się do mnie kącikiem ust i wrócił do jedzenia. Jakoś czułam, że nie będę w stanie przełknąć nawet kawałka tosta. Nienawidzę ich jeść, a w szczególności, gdy mam związany żołądek w supeł.
- Jak, Wiki? Gotowa na egzamin? - spytał Liam.
- To chyba jasne, że nie! - jęknęłam.
- Przesadzasz, młoda - mruknęła Gabi.
- Ja wcale nie przesadzam! Oni nigdy w życiu mnie nie przyjmą! - stwierdziłam.
- Chyba z tobą aż tak źle, nie jest, prawda? - spytał Harry. - Przecież to, co robiłaś wczoraj, to był kosmos!
- Styles, tak każdy głupi by zrobił, to nie wystarczy, żeby dostać się do szkoły baletowej – odparłam. - Obawiam się, że ja umiem za mało... - mruknęłam i zostałam pozbawiona rąk. A to dlatego, że i Niall i Lou zdecydowali akurat teraz złapać mnie za rękę. Na raz. I żaden się nie kapnął, że drugi też trzyma moją dłoń. Tylko jak ja mam teraz jeść? Dzięki, chłopaki.
- Nie gadaj głupot. Na pewno się dostaniesz - powiedział Louis.
- No bo kto, jak nie ty? - dodał Niall.
- Zdziwiłbyś się, ale dużo innych osób jest ode mnie lepszych.
- Przestań być taką pesymistką! - syknęła Gabi. - Jeśli będziesz wmawiać sobie,  że się nie uda, to naprawdę tak będzie!
- Dobra. Uda mi się. Zadowolona?
- Tak - wyszczerzyła się - a ja, moja droga, chciałam cię poinformować, że za tydzień zaczynam medycynę - powiedziała z dumą - i chyba już znalazłam mieszkanie! Pojadę je dziś obejrzeć!
- Tylko najpierw mnie zawieziesz na przesłuchanie, dobrze?
- Ja chciałem cię zawieść - odezwał się Lou z urażoną minką.
- Loueh, przecież wiesz, że nie chcę robić sensacji pierwszego dnia! - jęknęłam.
- Bo oni nie wiedzą, kim ty jesteś i że jesteś ze mną - prychnął Louis.
- Co z tego, że wiedzą, ale dla wszystkich pozostałych osób to będzie sensacja! Przecież od dzisiaj ludzie zjeżdżają się do internatu! Nie chcę wyjść na taką, która jeszcze zanim się dostała do szkoły, szpanuje swoimi znajomościami - wytłumaczyłam. Chłopak ciężko westchnął.
- Niech ci będzie…
- To zbieramy się za godzinkę - oznajmiła Gabi - więc radzę ci się pośpieszyć.
- Właśnie, czemu jeszcze nic nie zjadłaś? - spytał zatroskany Lou. - Wiesz, że musisz coś zjeść, żeby nie zemdleć... Chyba aż tak się nie denerwujesz? - Nie, ale nie mam jak jeść. Przydałaby się trzecia ręka albo trąba jak u słonia.
- Trzymasz mnie za rękę, więc nie mam za bardzo jak jeść - mruknęłam.
- Przecież masz jeszcze druga - stwierdził chłopak, patrząc na mnie dziwnym wzrokiem. Zauważyłam, jak Gabi zerka na mnie z politowaniem z drugiej strony stołu. Ups... O to chodzi, że właśnie nie mam. Obydwie są zamknięte w innych dłoniach . Muszę teraz którąś puścić i najchętniej byłaby to dłoń Louisa, ale nabrałby podejrzeń.
- No w sumie - mruknęłam i z żalem serca uwolniłam dłoń z uścisku Nialla, praktycznie od razu za nim tęskniąc. Zdążyłam jedynie posłać mu przepraszające spojrzenie i musiałam usiłować cokolwiek zjeść za pomocą lewej ręki. Nie wiem, jak Nialler jest w stanie być leworęcznym. Przecież ta ręka jest kompletnie bezużyteczna! Weź tu posmaruj tosta nutellą lewą ręką! To frustrujące.
W końcu, gdy już coś tam zjadłam, choć bardziej udawałam, że jem, poszłam po raz ostatni na górę, po rzeczy. G powiedziała, że będzie czekać na mnie w samochodzie. Szybko umyłam żeby, sprawdziłam, czy spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy i ostatni raz zerknęłam w lustro. Wcale nie wyglądam na przerażoną, tylko odrobinkę. Głęboki oddech, Wiki, już przez to kiedyś przechodziłaś, to nie jest nic strasznego! Przeżyłaś próbę gwałtu, to tego nie przeżyjesz? No dobra. To trochę niefortunne porównanie, ale... dam radę. Muszę dać, bo inaczej się zamorduję. Spróbowałam się uśmiechnąć i skierowałam się na dół. Tam dostałam całusa od Louisa i kopniaka na szczęście od Hazzy. Jak widać reszta się już zmyła. Usłyszałam ostry dźwięk klaksonu z zewnątrz.
- Chyba na mnie już czas - stwierdziłam.
- Idź i dokop im wszystkim! - zawołał Harry.
- Tak! Pokaż im, kto tu rządzi! - dodał Lou, a ja z lekkim uśmiechem na twarzy wyszłam za drzwi.
Poczułam ciepłe, choć już nieco chłodniejsze niż wcześniej sierpniowe powietrze. Czuć było, że zbliża się już jesień. Na krawężniku stał zaparkowany czarny Range Rover ze wszystkimi szybami przyciemnianymi. Oj G... Zabrała samochód chłopakom. Ona naprawdę nie ma swojego? No tak, zapomniałabym... Trafił do naprawy po tym, jak to ona ujęła, „jak jakiś głupek nie wiedział, że na rondzie jeździ się na odwrót”. Westchnęłam cicho. Zostałam popędzona dźwiękiem klaksonu, bo jak głupia stałam w miejscu na werandzie, jeśli tak można nazwać to coś, co ją imituje i ma wymiary metr na metr. Coś ta Gabi nerwowa, przecież aż tak nam się nie spieszy. Zeszłam po kamiennych schodkach i podeszłam do samochodu od strony pasażera i otworzyłam drzwi, żeby wgramolić się do środka. Nawet nie zerknęłam na dziewczynę, tylko zamknęłam drzwi i dopiero zapinając pasy, odezwałam się:
- G, co ty taka ne... - nie dokończyłam. Na miejscu kierowcy nie siedziała Gabi, tylko Niall.
- Zamawiała może pani podwózkę do szkoły baletowej? - spytał z szarmanckim uśmiechem na twarzy. Boże, wyglądał w tamtej sekundzie zabójczo.
- Nialler. Mogłam się tego spodziewać - uśmiechnęłam się. - To sprawka G? - spytałam.
- Powiedzmy, że razem uknuliśmy ten spisek - odparł.
- Jesteście nienormalni. Wiesz, co by było, gdyby Lou się dowiedział?
- Oj Wi... Zbrodnia przygotowana przeze mnie i G, to zbrodnia doskonała - stwierdził i mrugnął do mnie.
- A więc to zbrodnia? - spytałam, a on wychylił się w moją stronę i chwyciwszy mnie za podbródek, wpił się w moje usta. Bez wahania oddałam pocałunek. Zatopiłam palce w jego włosach, a jego dłonie powędrowały na moją talię. Nie chciałam kończyć tego pocałunku już nigdy. Przez te dwadzieścia parę godzin zdążyłam się stęsknić za jego ustami.
- Teraz już tak - wyszeptał i musnął moje wargi - i chętnie powiększyłbym skalę tej zbrodni, ale muszę dopilnować, byś dotarła na egzamin o czasie – powiedział, udając niezadowolenie w głosie i przekręcił kluczyk w stacyjce.
- Kiedyś to sobie odbijemy - odparłam - a tylko będzie potrzebne nam jakieś świetne alibi, żeby nikt nic nie podejrzewał.
- Tak, bo alibi załatwione przez  G, może w końcu nie zadziałać - zerknął na mnie z tym swoim spojrzeniem z iskierkami, które sprawiało, że przechodziły mnie przyjemne dreszcze.
- Właśnie, à propos twojego alibi, co teraz niby robisz? - spytałam.
- Ja aktualnie wracam do domu i potem siedzę i gram w fifę albo oglądam jakiś fajny film.
- Ktoś może to potwierdzić?
- Niestety nie.
- Oj coś słabe to pańskie alibi, panie Horan. Musi pan jeszcze nad nim popracować, żeby działać w konspiracji - stwierdziłam.
- A więc to konspiracja? - uniósł pytająco brew, ale nie spuszczał wzroku z drogi.
- Najtajniejsza z najtajniejszych. Podziemie, do którego wróg nie może mieć dostępu - odparłam.
- Ale mam nadzieję, że w podziemiu nie będziesz kochać mnie mniej...
- W podziemiu to nawet bardziej, Nialler, nawet bardziej.
- Pocałowałbym cię teraz, ale nie chce doprowadzić do wypadku - powiedział. Boże, jego głos brzmiał tak cholernie seksownie.
- Na to czas jeszcze się znajdzie, a na cmentarz mi się nie spieszy.
- Mam nadzieję, że znajdziemy wystarczająco dużo czasu.
- Nie sądzisz, że nigdy nie będzie go wystarczająco? - spytałam.
- W takim wypadku będzie trzeba go lepiej wykorzystywać... - Uniósł kącik ust w uśmiechu, od którego w jego policzku pojawiał się malutki dołeczek, którego na pierwszy rzut oka nikt nigdy nie zauważał. Ja zauważałam. Zauważałam każdy szczegół, który czynił go wyjątkowym. Kochałam każdy centymetr jego ciała i każdy fragment jego duszy, jeśli tak to można nazwać. Tak więc kochałam też ten maleńki dołeczek w jego policzku i drobne pieprzyki na jego szyi i wiele innych rzeczy, których wymienianie tutaj zajęłoby zbyt dużo czasu.
- Lepiej wykorzystywać, powiadasz?
- Tak. Wrócimy do nauki gry na gitarze, bo musisz to jeszcze podszkolić - odparł głosem niewiniątka. Ach ten Horan...
- No tak, tylko ty, mój drogi, wyjeżdżasz w połowie września w trasę koncertową.
- Mamy jeszcze miesiąc - mrugnął do mnie.
- Ale ty za miesiąc to już będziesz staruchem - zaśmiałam się.
- Nigdy więcej bycia nastolatkiem... To mi się podoba.
- Nie nadajesz się do niebycia nastolatkiem - stwierdziłam.
- A to czemu?
- Po prostu wolę cię jako nastolatka - wzruszyłam ramionami.
- Będziesz musiała się przyzwyczaić, bo twój kochanek wkrótce przestanie nim być na zawsze - wywróciłam oczami. Jak on siebie nazwał... Kochanek. Tak... Pójdę gdzieś z chłopakami, gdy będę ich przedstawiać, to powiem: „To moi przyjaciele: Liam, Zayn i Harry, a to mój chłopak Louis i kochanek Niall”. Uroczo, nie?
- Nieee… - jęknęłam - Do tego nie będzie mnie na twoich urodzinach! Przez ślub siostry!
- Mnie wtedy też nie ma – odparł.
- Przecież trasa koncertowa zaczyna się dopiero 16 września - zdziwiłam się.
- Tak się składa, że też jadę na ślub trzynastego września - odparł, a ja popatrzyłam na niego zdziwiona.
- Nie ma to, jak dwa śluby tego samego dnia w rożnych zakątkach świata. Nudno tam będzie bez ciebie - stwierdziłam.
- Nie sądzę, żeby było nudno, a poza tym ten ślub, na który jadę, też jest w Polsce.
- Co?! - prawie zakrztusiłam się śliną. - Jak to w Polsce?!
- Normalnie. Przyjaciel mój i Grega z sąsiedztwa wychodzi za Polkę. Zaproszenia dostaliśmy dopiero w czerwcu. Nie udało mi się niestety nigdy poznać tej jego narzeczonej, bo prawie nigdy nie ma mnie w domu. Ale mam być jednym z dwójki drużbów - uśmiechnął się.
- A ja będę druhną - powiedziałam, a po chwili zastanowienia dodałam - Ej Niall, jak się nazywa ta dziewczyna tego twojego przyjaciela? – spytałam. No co? Ciekawi mnie to...
- Zawsze miałem z tym problem. Jej nazwiska nie jestem w stanie zapamiętać. No cholera... Jak ona miała na imię...
- Naprawdę nie pamiętasz? - zaśmiałam się cicho.
- To nie jest takie proste, jak myślisz – westchnął. - Zaraz sobie przypomnę! - Zrobił minę, jakby intensywnie myślał. - Li… Nie, Lina... Nie! Ona ma chyba na imię Karina!- stwierdził. Szkoda, a w mojej głowie już pojawiła się iskierka nadziei... Nagle chłopak znowu się odezwał. - Wiem!
- Co wiesz?
- Narzeczona Nate'a ma na imię Karolina! Jak mogłem zapomnieć?!  - No fucking way. Zaśmiałam się nerwowo. - Coś nie tak, Wiki?
- Nie, tylko jak ma na nazwisko ten cały Nate?
- Nate Welsh, a co? - A jednak! To po prostu jest jakaś ironia losu! Nate Karoliny, przyjacielem Nialla Horana! I ja o tym nie wiedziałam! Jak?!
- Nialler, ty jedziesz na ten sam ślub co ja... - powiedziałam głosem pełnym powagi.
- Co? Jak to? - zdziwił się chłopak, przy okazji zatrzymując auto, bo zdążyliśmy dojechać na miejsce.
- Normalnie! Moja siostra Karolina wychodzi za mąż za Irlandczyka, Nate'a Welsh'a! Więc jeśli jest jeszcze jedna taka sama para młoda, to idziemy na rożne śluby, a jeśli nie to...
- Na ten sam! - W jego oczach pojawiło się podekscytowanie. - Jaki ten świat jest mały!
- Mniejszy niż myślałam... - uśmiechnęłam się.
- Rozumiem, że sobie wtedy poszalejemy - puścił mi oczko.
- Przykro mi, Ni, ale muszę zabrać ze sobą Louisa - mruknęłam.
- Jak to? - zdziwił się chłopak.
- Bo „osoba towarzysząca”. A rodzina mi nie chce odpuścić. W szczególności moja mama i siostry... Stwierdziły, że muszą koniecznie poznać mojego chłopaka, a skoro to Louis Tomlinson, to chcą go poznać dwa razy bardziej, a to jest do tego idealna okazja.
- Do kitu. - Chłopak zrobił smutną minkę. - Ale zachowasz dla mnie chociaż jeden taniec?
- Brzmisz, jakbyśmy byli w dziewiętnastym wieku.
- A ty jesteś wredna.
- Ej! – Popatrzyłam na niego przez przymrużone powieki. - Wcale nie jestem wredna!
- Polemizowałbym na ten temat.
- Horan... - wycedziłam przez zęby.
- Co, Mieczkowska? - Nie był w stanie powstrzymać uśmiechu. Chciał zapewne zabrzmieć tak łobuzersko, ale coś mu nie wyszło, bo sposób, w który wymawiał moje nazwisko był najzwyczajniej w świecie słodki.
- Widzę, że musisz się jeszcze podszkolić w wypowiadaniu polskich nazwisk - westchnęłam.
- Tak myślisz?
- Ja to wiem. Powtórzysz sobie jeszcze z kilkadziesiąt razy, a wtedy powinniśmy zauważyć postępy... - powiedziałam głosem godnym znudzonego życiem nauczyciela.
- Krzyczenie też się liczy? - spytał, przeczesując palcami blond czuprynę.
- Tylko sobie gardło niepotrzebnie zedrzesz, panie piosenkarzu.
- A co jakbyś to ty w pewnym sensie zmusiła mnie do wykrzyczenia twojego nazwiska? - Zobaczyłam ten błysk w jego oczach i poczułam, że robi mi się gorąco.
- Wyczuwam jakieś niemoralne propozycje w pańskiej wypowiedzi, panie Horan.
- Ty to powiedziałaś, nie ja! - wzruszył ramionami, robiąc minę niewiniątka.
- Osz ty! - Zmierzyłam go wzrokiem, a on zaśmiał się, zapewne na cudowny widok wkurzonej mnie. - Ja sobie stąd idę - mruknęłam, odpinając pasy - bo się jeszcze spóźnię. - Położyłam dłoń na klamce i zerknęłam na chłopaka.
- Wyjdziesz tak bez pożegnania? - spytał.
- Tylko wtedy, jeśli ty pozwolisz mi bez niego odejść - odparłam. Po chwili nasze usta połączyły się w delikatnym pocałunku. Miałam ochotę podziękować w tamtej chwili temu, kto wymyślił przyciemniane szyby, bo inaczej moglibyśmy się znaleźć w tarapatach.
- Powodzenia, skarbie - szepnął, a potem musnął moje usta. Wzięłam głęboki wdech i po raz ostatni zerkając na chłopaka, wyszłam z samochodu.
Znajdowałam się na terenie campusu Royal Ballet School. Budynki były zapewne stare, ale zarazem niezwykle piękne. Od razu można było zauważyć, że to placówka, która ma związek z kulturą i sztuką. Chociaż do początku roku szkolnego pozostał jeszcze prawie cały weekend (uroki edukacji w Anglii), na terenie szkoły było sporo dzieciaków i nastolatków. Spora cześć z nich już dziś zakwaterowywała się w internacie. Jeśli mi się uda, to od przyszłego tygodnia też będę tu mieszkać. Na co mam ogromną nadzieję. To byłoby dla mnie jak zbawienie. Nie ma opcji, muszę się dostać! Po prostu muszę!
Po kilku głębokich oddechach i krokach na nogach z waty, przekroczyłam próg głównego budynku Royal Ballet School, by znaleźć się w wielkim białym holu.



----------
przepraszam, że tyle mnie nie było, ale moje życie jest teraz szalone i straciłam wenę.  mam nadzieje, że mnie jeszcze kochacie. Komentujcie! 
-Wiku.

4 komentarze:

  1. powiem Ci szczerze, że tyle Cię nie było, że bardzo łatwo stracić wątek. Twój styl pisania nadal wciąga, ale trochę nużyły mnie kolejne rozterki emocjonalne Wiki, jakoś nagle dużo się ich zrobiło

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet nie wiesz jak się ucieszyłam kiedy zobaczyłam, że jest nowy rozdział :) Mam nadzieję, że będziesz pisać częściej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miło mi słyszeć, że ktoś nadal chce to czytać! i też mam nadzieję, że będę pisać częściej, bo chce skończyć tę historię, dociągnąć ją do końca, jednak mam teraz tyle spraw na głowie, że nie będę na pewno dodawać co tydzień, jak kiedyś... przykro mi... ale nie martw się, nie zostawię tego tak! sama chcę wiedzieć, jak ta historia się skończy

      Usuń
  3. My dearest Vee, tak sobie myślę, że bosko było czytać ten i inne twoje fanfiki, gdyż są częścią mojego dorastania i mam do nich wiepki sentyment.. <3

    OdpowiedzUsuń