sobota, 15 lutego 2014

51. He must, must love me!



Po tej małej sprzeczce z Lou wróciłam do apartamentu. W salonie zastałam karteczkę od Gabi z napisem, że jest na dachu i jeśli będzie się coś działo, to mam przyjść. A że coś się działo, pobiegłam na górę ze łzami w oczach, ale widząc G i Hazzę obściskujących się na kocyku z zapasem wina, wolałam się wycofać. Nie chciałam im przeszkadzać. Miałam tylko nadzieję, że za bardzo nie zaszaleją.
Wróciłam więc do pokoju i leżałam po ciemku, wpatrując się w sufit. Dosłownie za ścianą znajdowała się sypialnia Nialla. Mojego Nialla. On nadal jest mój i będzie mój. Ja to wiem. Przecież nie przez przypadek wywiązał się ze swojej obietnicy. No bo sorry, kto dotrzymuje słowa komuś, kto go zdradził, kłóci się z nim codziennie i jest z jego najlepszym przyjacielem? Nie mógłby tak przez przypadek „wymyślić”, żebyśmy poszli na musical. Prawdopodobieństwo takiego zbiegu okoliczności jest praktycznie równe zeru! Poza tym popłakał się na „On my own”. Jeśli jeszcze mnie kocha, to musi być mu cholernie trudno, bo to on w naszej sytuacji pozostaje kompletnie sam. Ja samolubna ciągle myślałam, że to ja mam najciężej, że ja mam najgorzej, a tymczasem to on był sam jak palec. To nie on zawinił, tylko ja. To ja go zdradziłam, nie on mnie. To ja codziennie całuję Louisa na jego oczach. I on po tym wszystkim dotrzymuje danej mi obietnicy. To jest nielogiczne! Chyba że on nadal mnie kocha... Tylko dlaczego zachowuje się jak skończony dupek? Dlaczego mnie olewa? Dlaczego na mnie krzyczy? Mówi, że nie chce mnie znać? Wywraca oczami w nieskończoność? Dlaczego nie może po prostu zachowywać się jak normalny człowiek? Czemu nie może powiedzieć, że mnie kocha?
Prychnęłam. Przecież nie może mi tego powiedzieć! Już to przerabialiśmy w ostatnią noc przed powrotem Tomlinsonów z Australii. Tyle że wtedy on mnie przytulał, a dziś oddziela nas gruba, hotelowa ściana. Od taka subtelna różnica.
Chwyciłam telefon, który leżał na szafce nocnej. Przejrzałam facebooka i inne głupoty, żeby zająć czymś myśli, ale nie mogłam. Nie do końca świadomie otworzyłam okienko wiadomości i wystukałam jedno słowo: „dziękuję”, które potem wysłałam na doskonale znany mi numer. Nie wiem, czy odczytał wiadomość, bo usnęłam.
Rano obudziłam się kompletnie niewypoczęta. Bolały mnie plecy, a oczy nadal szczypały od płaczu. Witajcie w smutnym świecie Wiktorii Mieczkowskiej. Gdy dzień zapowiada się ciężki, to ona ma jeszcze dodatkowe problemy...
Przeciągnęłam się i usiadłam. Stąd miałam idealny widok na cały Manhattan. Manhattan skąpany w żarzącym się porannym słońcu. Przyjemnie było mieć z rana okna od wschodu.
Podniosłam się z łóżka i pobiegłam wziąć długi prysznic tak, żeby rozluźnić bolące mięśnie. Udało się, ból przestał być taki uciążliwy. Potem świeża i pachnąca starannie wysuszyłam i rozczesałam włosy. Dziś znów były ciemniejsze i mniej różowe. Ubrałam się i wyszłam z mojej sypialni. G jeszcze chrapała. Na szczęście sama w swoim łóżku, więc pozwoliłam jej pospać. Postanowiłam wpaść do pozostałych dziewczyn. Opuściłam pokój i zapukałam do ich drzwi. Po chwili uchyliły się i zobaczyłam w nich uśmiechniętą Lottie.
- No, no, no! Któż to postanowił nas odwiedzić? - zapiszczała dziewczyna.
- To tylko ja - uśmiechnęłam się.
- Błąd! To aż ty! – odparła. - Zapraszam do środka! - powiedziała i wciągnęła mnie do ich apartamentu. - Właśnie szykujemy sobie śniadanie, więc jak chcesz, możesz do nas dołączyć.
- Z przyjemnością! – odpowiedziałam. - G jeszcze śpi i nie chciałam jej budzić, więc nic jeszcze nie jadłam.
- To zjesz z nami! - oznajmiła blondynka.
Zuzia i Fizzy także bardzo ucieszyły się na mój widok, więc po chwili siedziałyśmy już przy stole i szczebiocząc o jakiś rzeczach totalnie odpowiadającym nastolatkom, jadłyśmy śniadanie. Tak właśnie powinno wyglądać moje życie teraz. Moje wakacje takie właśnie powinny być. Spędzanie czasu z przyjaciółkami i gadanie o głupotach, a nie nagrywanie jakiejś piosenki, próby do koncertu i denerwujący, niewyżyty seksualnie chłopak na głowie!
- Dziewczyny, jak to się stało, że jesteśmy razem w Nowym Jorku, a praktycznie się nie widujemy? - odezwałam się w pewnym momencie.
- No nie wiem... - westchnęła Zuzia. - Może dlatego, że ty robisz karierę?
- Ale ja nie chcę jej robić – mruknęłam. - Ja się w tym wielkim świecie nie odnajduję.
- Tak jakby nie masz wyboru - odparła Fizzy.
- Dlatego dziś aż do koncertu jesteś nasza! - zapiszczała Lottie. - Pójdziemy na zakupy i do zoo!
- Brzmi ciekawie - uśmiechnęłam się.
- Tylko błagam, nie bierz ze sobą tej wariatki - blondynka popatrzyła na mnie proszącym głosem.
- Skoro tak bardzo tego chcesz - mruknęłam.
- Tak!
- Niech ci będzie. To ja teraz skoczę do pokoju po rzeczy i spotykamy się na korytarzu za 15 minut.
Wstałam od stołu i pobiegłam do swojego apartamentu. Umyłam zęby, wrzuciłam portfel i telefon do torebki. Naskrobałam jeszcze wiadomość dla G, że wyszłam z dziewczynami i ma to odebrać jako prezent, czyli możliwość spędzenia dnia z Harrym.
Po chwili razem z Zuzią, Lottie i Fizzy podbijałyśmy Nowy Jork. Chciałyśmy iść na zakupy na Fashion Avenue, ale po wejściu do jednego z butików uciekłyśmy po kilku sekundach, widząc niebotyczne ceny. Może i nie miałyśmy ograniczonych funduszów, ale te stawki były zdecydowanie zbyt  wygórowane.
- W takim wypadku idziemy do Macy's, prawda? - spytałam.
- Tak! - pisnęła Lottie. - Tam są cudowne rzeczy!
Wpadłyśmy do wielkiego sklepu, który skojarzył mi się z moimi ostatnimi wakacjami w USA, kiedy byłam u wujka. Wtedy w Macy’s kupiłam sobie śliczną bluzkę z The Beatles, ale teraz miałam inny cel. Był sierpień, więc powinny być przeceny…
- Chodźcie do sukienek! – zawołałam, podskakując jak zwyczajna nastolatka, zupełnie zapominając o tym, że już wkrótce ludzie będą komentować każde moje zachowanie. Dlatego to ostatni gwizdek na normalność.
- Nieeee... – jęknęła Zuzia.
- Zuzia, musisz mieć coś ładnego, gdy pogratulujesz Liamówi udanego występu! – powiedziała Fizzy, patrząc na nią jak na nierozumne pięcioletnie dziecko.
- Wcale nie – zaprzeczyła.
- Jeśli chcesz, aby te gratulacje skończyły się czymś ciekawszym, to zdecydowanie tak! – Lottie uśmiechnęła się i znacząco poruszyła brwiami. Na to Zuzia zrobiła się czerwona jak buraczek.
- Lottie! – syknęła.
- Czego chcesz? – blondynka zrobiła minę niewiniątka. - Wiki mnie na pewno poprze, prawda? – popatrzyła na mnie, a ja musiałam się powstrzymywać od śmiechu.
- Naturalnie – odparłam.
- Widzisz? Musisz wyglądać hot! Tak, żeby Liam na sam twój widok… - zaczęła Fizzy, ale Zuzia nie dała jej dokończyć.
- Fizzy! – dziewczyna zrobiła wielkie oczy.
- Zuziu skarbie, Felicite ma rację! – odparłam, uśmiechając się perfidnie.
- Zemszczę się – syknęła dziewczyna po polsku.
- Nie zdążysz – pokazałam jej język, za co dziewczyna sprzedała mi kuksańca. Nie ma to jak nasza trzynastoletnia miłość. Chwilę później zanurkowałyśmy między wieszakami z sukienkami. Wybór był niesamowity! Wszelkie kolory i fasony, dosłownie dla każdego znajdzie się coś idealnego. Najpierw szukałyśmy kiecki odpowiedniej dla Zuzi i tu miałam kłopot. Znaleźć taką, żeby była seksowna, ale niezbyt wyzywająca. No taka, żeby Liam się nie przestraszył, bo z nim to może być różnie.
- To jest dla ciebie doskonałe! – zawołała Fizzy, wynurzając się z pomiędzy wieszaków z lawendową zwiewną sukienką w ręku.
- Chyba żartujesz! – prychnęła Lottie. - W tym to jej bajkę na dobranoc przeczyta! Załóż to! – blondynka podetknęła dziewczynie pod nos nieco zbyt odważną, jak na mój gust, kreację.
Wtem moje genialne oczy wypatrzyły zieloną sukienkę, która zdecydowanie nie była kiecką dla zakonnicy, ale emanowała elegancją i prostotą.
- Moje drogie, przecież ten kolor idealnie pasuje do odcieniu oczu Zuzi – powiedziałam, pokazując im to, co wyłowiłam.
- A ta? – spytała Zuzia, pokazując nam kremową sukienkę, która zdecydowanie nie była taka, jak my trzy genialne zaplanowałyśmy.
- Niech ci będzie – mruknęła Fizzy, a potem wyszeptała do nas. - i tak wyjdzie na nasze – uśmiechnęłam się. Taka prawda. Ja ją zmuszę do tego, by kupiła sobie sukienkę, w której będzie wyglądać zarazem dziewczęco i zabójczo.
-Wiki, teraz kolej na ciebie! – oznajmiła Lottie. Popatrzyłam na nią, jak na wariatkę.
- Ale mnie i tak na koncert przygotuje stylistka – zaprotestowałam.
- Ale nie na po koncercie – powiedziała to z oburzeniem. Popatrzyłam się na nie niepewnie. Nie byłam pewna, czy chcę jakąś sukienkę, która będzie prowokować Louisa, a ja znowu będę musiała wymyślać wymówkę, dla której powiem mu nie.
- No nie psuj nam zabawy! – Fizzy zrobiła oczy kota ze Shreka.
- Niech wam będzie... – westchnęłam, na co dziewczyny zapiszczały z radości i rzuciły się w wir poszukiwań. Postanowiłam jedynie im się przyglądać, bo nie wierzyłam w to, że powiedzie im się wybranie dla mnie sukienki.
- Mamy! – zawołały równocześnie Fizzy i Zuzia, pokazując mi miętową sukienkę z rękawkiem trzy czwarte i przy okazji śmiejąc się z tego, że zrobiły to w jednakowym czasie. Była nawet spoko, miałam tylko nadzieję, że nie będę w niej wyglądać jak trup. Bo taki kolor często jest dla mnie niekorzystny.
- Może ta? – Lottie pokazała mi czerwoną sukienkę na szerokich ramiączkach ze zmarszczoną spódnicą. Tak na oko sięgać będzie do kolan. - Czerwony to ulubiony kolor Louisa... – spojrzała na mnie znacząco, a ja przełknęłam głośno ślinę.
- Na małe tête-à-tête jest idealna – stwierdziła Fizzy, szczerząc się przy tym. No właśnie dlatego nie chcę tej sukienki, bo będzie prowokować Lou, ale mimo to bardzo mi się spodobała.
- Wiki...- usłyszałam za swoimi plecami głos Zuzi.
- Co? – spytałam, odwracając się w jej stronę.
- Co myślisz o tej? - pokazała mi zwiewną jasnobłękitną sukienkę. Ulubiony kolor Nialla to niebieski. Poczułam delikatne ukłucie w sercu i łzy szybko napływające do oczu. Ta ironia losu! Ale nie mogę się rozpłakać, bo wszystko wyjdzie na jaw! Wymierzyłam sobie mentalny policzek, przejęłam sukienkę od Zuzi i z uśmiechem na twarzy odezwałam się. - Teraz czas na was, panny singielki Tomlinson
- Z takimi sukienkami jak te, które już dla was widzę, to niedługo - stwierdziła Zuzia, a potem zerknęła na mnie i zanurkowałyśmy między wieszakami. Dla każdej z nich wybrałyśmy po trzy kreacje, które dzięki naszemu talentowi przypadły dziewczynom do gustu. Gdy juz każda z nas miała zapas sukienek do założenia, Lottie zawołała:
- Kierunek przymierzalnie!
 Z uśmiechami na twarzy pobiegłyśmy do przebieralni. Pierwsza sukienki przymierzała Lottie. Z nią nie było dużego problemu, bo zakochała się w pierwszej kiecce, którą założyła a naprawdę wyglądała w niej cudownie!
Fizzy długo nie była w stanie znaleźć idealnej sukienki dla siebie i w końcu wybrała tę miętową, w której ja przypominałam trupa, a ona anioła.
Zuzia nawet nie chciała założyć sukienki wybranej przez Lottie, a my jej schowałyśmy tę kremową, w której wyglądała okropnie babcinie! Miała dylemat między grzeczną sukienką od Fizzy i moją, ale moja cudowna perswazja przekonała ją do dobrego wyboru.
Przymierzywszy czerwoną sukienkę, stwierdziłam, że jest cudowna. Jak się ją ubrało, to nie była taka wyzywająca, jak wydawała mi się na początku. Pasowała do mojej subtelnej opalenizny. Oznajmiłam już dziewczynom, że biorę tą, gdy Zuzia przypomniała mi o tej jasnobłękitnej. Przymierzyłam ją, ale miałam ogromny dylemat. Obydwie bardzo mi się podobały, ale Lottie i Fizzy namawiały mnie na tę czerwoną i nie chciałam wzbudzać żadnych podejrzeń, więc wybrałam właśnie ją. Oddając niebieską pracownicy sklepu, patrzyłam na nią z żalem. Tak jakbym oddawała ukochaną pamiątkę, a to przecież była tylko sukienka!
Gdy zapłaciłyśmy za sukienki, wyszłyśmy ze sklepu zadowolone z udanych zakupów, ale tak jakby czegoś nam nadal brakowało.
- Wiecie co teraz? – odezwała się Fizzy. Popatrzyłyśmy po sobie i chórem wrzasnęłyśmy tak, że aż patrzyli się na nas ludzie.
- Buty!
Na zakupie butów się nie skończyło, poszłyśmy jeszcze szukać dodatków i torebek, a dziewczyny dla jaj chciały pójść do 1D World, ale w ostatniej chwili im to odradziłam. To znaczy wyciągałam je za drzwi. To byłby obciach iść do sklepu, gdzie wszędzie jest pełno One Direction, czyli mojego chłopaka i chłopaka, którego kocham. Raj, nie? Udało mi się odciągnąć je jak najdalej się dało od tego miejsca, więc wylądowałyśmy gdzieś w Central Parku. Z toną toreb opadłyśmy na ławkę. Nie było nas praktycznie spod nich widać.
- Mam juz dość... - jęknęła Zuzia.
- Żartujesz sobie? – prychnęłam. - To nasz pierwszy wypad tylko we cztery w Nowym Jorku! Nie mam zamiaru go przesiedzieć na ławce w parku!
- Nawet jeśli to Central Park? - spytała z nadzieją w oczach Fizzy.
- Nie ma mowy! - zaprotestowałam.
- Niech ci będzie... - powiedziała Lottie, ciężko wzdychając.
- To dokąd teraz? - spytała Zuzia.
No właśnie... Dokąd? Zaczęłam się uważnie rozglądać. Park jak park. Pełno zieleni. Zielona trawka, na której ludzie urządzają sobie pikniki, ćwiczą jogę czy grają w football. Nie wspomnę już o obściskujących się parkach. Gdzieś za nami było jeziorko, a dookoła nas pełno zielonych drzew, znad koron których widać było wielkie wieżowce. Nie ma to jak Nowy Jork... Mój wzrok napotkał małą dziewczynkę z balonikiem z żyrafą. Tak! Tego właśnie było mi trzeba! Od razu zawołałam
- Idziemy do zoo!
- A co z torbami? - jęknęła Fizzy.
- Odłożymy do przechowalni - odparła Zuzia, która wydawała się przekonać do mojego pomysłu.
- A potem skoczymy na jakiś dobry obiad - dodała Lottie. - Może do tej francuskiej restauracji vis-à-vis hotelu?
W tym samym momencie zadzwonił mój telefon. Ocho, G zaczyna się nudzić! Westchnęłam i odebrałam:
- Halo?
- Hej! Jak się bawicie? - zawołała przesłodzonym głosem, cały czas chichocząc. – Harry, przestań! - pisnęła cicho. Nie mogłam się nie uśmiechnąć.
- A dobrze - odparłam - ale ty chyba bawisz się lepiej. Pozdrów Harry'ego.
- Wredna jesteś - normalnie widziałam to jej zabójcze spojrzenie. - a co teraz robicie? - spytała chyba po to, żeby zmienić temat.
- Idziemy właśnie do Central Park Zoo, a później coś zjeść. - powiedziałam.
- To świetnie się składa! Na 14/15 będzie gotowy obiad - oznajmiła. Obiad? Co?
- Gdzie? - spytałam.
- W hotelu, a gdzie? – prychnęła. - Wiedziałaś, że apartament Nialla ma kuchnię? - nie i nie było mi to potrzebne do szczęścia, ale dzięki za info.
- Teraz wiem - odparłam zaciętym głosem. - To widzimy się w hotelu.
- Pa! - zawołała, a potem zanim zdążyła się rozłączyć, usłyszałam jakieś piski.
- Kto to był? - spytała Lottie.
- Gabi. O czternastej, piętnastej mamy wrócić na obiad - wyjaśniłam.
- Jakbym była w domu... - bąknęła niepocieszona Fizzy.
- Dajcie spokój - odezwała się Zuzia. - Przez ostatnie trzy dni jadłyśmy w McDonaldzie, więc ja potrzebuję domowego posiłku!
- Zobaczymy, czy wyjdzie im coś jadalnego... - mruknęła Lottie.
- Harry umie gotować - stwierdziła Fizzy, na co Lottie zmroziła ją wzrokiem. - No co? - brunetka popatrzyła na nią nierozumiejąco.
- Mówiłaś, że ci przeszło... - westchnęłam.
- W większości - wymamrotała Lottie. Uśmiechnęłam się do niej pocieszająco i przytuliłam ją.
- Teraz nie myślmy o tym. Wyrzucamy z głowy wszystkich facetów! Idziemy znaleźć pingwiny z Madagaskaru! - zawołałam.
- I króla Juliana! - dodała Zuzia i popędziłyśmy do zoo.
 Stwierdziłam, że nikt nie jest za stary na to, żeby iść do ogrodu zoologicznego. Za każdym razem to może przynieść tyle dziecięcej radości. Te zwierzaki, te kolorowe baloniki, piszczące dzieci - taka czysta sielankowa radość. Normalnie żyć, nie umierać!
Jako fankom „Madagaskaru” udało nam się odnaleźć wszystkie zwierzaki z filmu, ganiając się z tekstami „Kowalski, raportuj!” czy „Melman, Gloria cię kocha”... Tak… My bardzo dojrzałe intelektualnie, ale brakowało mi takich wygłupów w ostatnich dniach.
Gdy wróciłyśmy do hotelu, do apartamentu dziewczyn wpadł przerażony Niall. Coś miałam wrażenie, że Harry i Gabi rozpanoszyli się w jego kuchni. Chłopak zawołał rozpaczliwym głosem:
- Błagam, ratujcie, bo mi kuchnię zdemolują!
- Aż tak z nimi źle? - spytała Lottie.
- Nawet nie pytaj – blondyn machnął ręką.
- Dobra, idę ich ogarnąć - mruknęłam, wymijając wszystkich i kierując się w stronę apartamentu Horana. Nie sądziłam, że wejdę tu choć raz podczas tego pobytu, a jednak. Z kuchni dochodziły jakieś wrzaski.
- Oddaj mi mikser! - krzyknęła Gabi. Wymieniłam zaniepokojone spojrzenia z Niallem. Wow! Zauważał, że istnieję! Jakiś postęp. Szczerze mówiąc, i tak bałam się wejść do tej kuchni.
- Nie! - Harry pisnął jak baba. - Masz jakiś słaby przepis.
- Sam jesteś słaby! – oczami wyobraźni widziałam, jak dziewczyna pokazała mu język.
- O nie! Ja jestem mistrzem kuchni!
- Może takim jak całowania, panie Harry ‘Klęska’ Styles?
- Osz ty!
Ta cała sytuacja zdawała się być groźna. Kto wie, co tej dwójce w kuchni wpadło do głowy i czy nie wymyślą sobie, żeby się pozabijać? Usłyszeliśmy jakiś huk, a potem pisk i Harry wybiegł z kuchni.
- STYLES! JA CIĘ KIEDYŚ ZAMORDUJĘ! - wrzasnęła Gabi, wychodząc z pomieszczenia cała w mące. Na ten widok Horan jęknął.
- Mówiłem, że mi zniszczą kuchnię! - ale oni go zignorowali. Harry patrzył na G z miną niewiniątka.
- Za co?
Dziewczyna podeszła do Hazzy i zdmuchnęła mąkę z rąk prosto w jego twarz. Jak dzieci, jak dzieci…
-Za twarz!
- Za ładna? - spytał chłopak, wypluwając mąkę z ust. Boże, źle z nimi... G strzeliła facepalma.
- Łudź się dalej, ptasi móżdżku - prychnęła dziewczyna.
- Ha! Nie zaprzeczyłaś!
- Jestem oazą spokoju... - G odezwała się szeptem i brzmiała, jakby chciała sama siebie przekonać. Cała sytuacja była nad wyraz… komiczna. Ledwo powstrzymywałam się od tego, żeby nie wybuchnąć śmiechem, kiedy tak na nich patrzyłam.
- Jak na razie to udajesz bałwanka.
- A ty upiora z opery.
- Ja przynajmniej się nie rozpuszczę na zimę!
- Ja mam całą twarz!
- Z marchewki i węgla!
- Nie spadł na mnie żyrandol!
- Grabisz sobie, skarbie.
- Wygrywam, kochaniutki - nie ma to jak ambitna kłótnia. Chociaż w sumie lepsza taka niż te moje i Horana w stylu krzyczymy, jak bardzo się nienawidzimy i wyzywamy od najgorszych rzeczy świata. Tak... Bardzo się kochamy. Kłótnia G i Hazzy przerodziła się w bitwę na spojrzenia. A żadne z nich nie miało zamiaru odpuścić. To był idealny moment, żeby im przerwać.
- Nie chcę wam przeszkadzać w tym jakże zajmującym starciu, ale... - odezwałam się, ale Niall wszedł mi w pół zdania:
- Kiedy obiad? - uśmiechnęłam się, słysząc jego wesoły głos.
- Kiedy wyzwolę się z tej maki - mruknęła Gabi.
- Tak długo? - jęknął Niall.
- Dzięki, Niall, za wiarę we mnie.
- Polecam się na przyszłość - uśmiechnął się. Co mu się stało, że ma taki dobry humor? To dziwne... Coś mu się w tej głupiej blond łepetynie poprzestawiało, czy to może dlatego, że czuł już zapach jedzenia?
- To pomóż naszej mentalnej blondynce w sprzątaniu. Potrzebuję prysznica! - jęknęła dziewczyna i wyparowała z pokoju.
Na szczęście nie musieliśmy aż tak długo, jak wydawało się to Horanowi, czekać na obiad, bo okazało sie, że problemy z mąką pojawiły się podczas robienia deseru. Więc z tejże atrakcji zrezygnowaliśmy. Trudno się mówi. Obiad nawet im się udał, choć wolałabym pójść do tej restauracji, do której chciały iść dziewczyny. Po skończonym posiłku, postanowiłam uciec od zmywania naczyń i Louisa, więc poszłam się przejść do parku. Sama ze swoimi własnymi myślami. Oczywiście długo ciszą i naturą się nie nacieszyłam, bo zadzwonił mój telefon. Popatrzyłam na wyświetlacz. Louise? A no tak... Jako stylistka chłopaków jest w NYC.
- Halo? - odezwałam się.
- Wiki? Przeszkadzam ci? -spytała.
- Nie, wal śmiało - odparłam.
- Mam do ciebie takie pytanie – zaczęła. - czy mogłabys się zająć Lux przez najbliższą godzinę lub dwie? - Zająć się Lux? Serio? Nie mam co robić? Ale z drugiej strony, Louis nie bedzie się mnie czepiał, że mu tak po prostu uciekłam... Co mi szkodzi?
- Nie ma sprawy - odpowiedziałam, uśmiechając się. W sumie już zdążyłam się stęsknić za malutką.
- Ratujesz mi życie! - w jej głosie było słychać wyraźną ulgę. - Wyślij mi adres, to ci ją podrzucę za jakieś 10 minut.
- Już się robi.
- Dzięki wielkie. Do zobaczenia
- Pa! - rozłączyłam się.
No to tyle by było z mojego chwili tylko i wyłącznie dla mnie. Zero czasu na rozkminy życiowe! Zero czasu na obmyślanie tego, co trzeba zrobić, żeby stary Niall powrócił.
Siedziałam na ławeczce i wdychałam nowojorskie powietrze. Nim zdążyłam się odprężyć albo chociaż choć trochę pomyśleć, zobaczyłam na horyzoncie Louise z Lux. Podniosłam się, żeby się z nimi przywitać.
- Cześć - odezwała się Louise. -  Dzięki wielkie, że się zajmiesz Lux.
- Nie ma sprawy - uśmiechnęłam się. - Dla mnie to bedzie czysta przyjemność.
- To ja lecę. Lux, daj buziaka mamie - malutka dziewczynka cmoknęła swoją mamusię. - Przyjadę po nią za dwie godzinki, w sam raz, żeby zdążyć na MSG.
- Ok - odparłam, a Louise wsiadła do taksówki. - Lux, machamy mamie na papa, tak?
- Papa! - zawołała dziewczynka i pomachała pulchną dziecięcą łapką. Taksówka Louise odjechała, a ja złapałam Lux za rękę.
- To jak, malutka? Idziemy na plac zabaw? - spytałam.
- Tak! – zawołała. - Tolia, pójdziemy na huśtawkę?
- Oczywiście! I będziemy się huśtać tak długo, jak będziesz chciała - powiedzialam. Mała twarzyczka rozjaśniła się.
- To fajnie!
- No pewnie, że fajnie! – uśmiechnęłam się do niej. - Co dzisiaj robiłaś, Lux? - spytałam.
-  Jadłam taki piśny obiadek!
- A przed obiadkiem?
- Słuchałam piośeniek.
- Tak? A kto ci śpiewał? Mama?
- Nie! Nialluś! - zakrztusiłam się własną śliną. To dziś wcześniej zajmował się nią Niall? Serio? Chociaż w sumie... Może by ją tak podpytać? Przeciez małe dziecko chyba się nie skapnie...
- Naprawdę? A co ci śpiewał?
- Jakąś smutną piosenkę, a ja chciałam coś wesołego! I Nialluś zrobił się smutny... I mi też było smutno, że był smutny - dziewczynka zrobiła smutną minkę.
- To nie twoja wina - powiedziałam.
- Tolia, to czemu Nialluś jest smutny? - i tak oto Lux znowu mnie zagięła. Co ja jej powiem? Prawdę? Przecież i tak by tego nie zrozumiała.
 - Nie wiem – powiedziałam, ale widząc jej przygnębioną minę, dodałam. - A pamiętasz jaką piosenkę śpiewał?
Dziewczynka zmarszczyła czółko, zastanawiając się niezwykle intensywnie.
- To było jakoś tak: „On my own, pretending she's beside me”. Dalej nie pamiętam - powiedziała.
Nie musiała pamiętać dalej. Ja i tak już wiedziałam swoje. Niall śpiewał dziś „On my own”! To po prostu mówi samo przez się. On musi, musi mnie kochać! Nie widzę w tym żadnego innego racjonalnego wyjaśnienia. I myśli, że jest w tej miłości sam. Ale nie jest, ja też go kocham… i co z tego, że on kocha mnie, a ja kocham jego, skoro nie możemy być razem? Nie możemy nawet się pogodzić?! Głupi van der Woodsen zabronił nam tego, co najważniejsze w życiu. Więc w sumie nie wiele mylimy się, śpiewając „On my own”. Kochamy się, ale w samotności. To wydaje się śmieszne. Pewnie się teraz dziwisz, pamiętniczku, dlaczego nie mogliśmy się pogodzić. Gdyby to tylko było takie łatwe… Gdybym w tamtym momencie, dowiedziawszy się tego od Lux, mogła rzucić wszystko i pobiec do Nialla i z nim być, to zapewne bym tak zrobiła. A jedyne, co było mi wolno w tamtym momencie, to uśmiechnąć się do dziewczynki i pójść z nią na huśtawki. Na szczęście ganianie za Lux po parku pomogło mi zapomnieć o Niallu choć na chwilę. Dobrze było się czymś zająć, gdy myśli płatały figle.
Najbardziej przerażające w tamtej części dnia było to, że minęła niezwykle szybko. Czas spędzony z Lux wydawał się trwać zaledwie kilka sekund i czas było wybierać się na MSG. Tak właściwie dopiero w momencie, w którym usiadłyśmy razem z G w garderobie, dotarło do mnie, że to już dziś. Dziś cały świat wysłucha naszego promującego singla i nieświadomie pozna historię mojej nieszczęśliwej miłości. Mam nadzieję, że widownia, a przede wszystkim Louis, kupi tę bajeczkę o poszkodowanych przez życie nastolatkach.
Siedziałam i nerwowo wystukiwałam jakiś rytm na blacie toaletki. Zgodnie z poleceniem van der Woodsen czekałyśmy na stylistkę.
- Ciekawe na kogo trafimy – znudzona zastanawiałam się na głos, obracając w palcach flakonik perfum, który stał na  stoliku.
- Szczerze, nie obraziłabym się za Louise – stwierdziła G, która siedziała z nogami wyciągniętymi na dwóch krzesłach.
- Ona ma chłopaków – odparłam, robiąc przy tym smutną minę.
- Skąd wiesz?
- To ich stylistka, a poza tym mówiła mi to godzinę temu, jak odbierała Lux.
- Szkoda – westchnęła Gabi. - Fajnie się z nią szyło.
Pokiwałam głową. Wtedy drzwi się otworzyły i zobaczyłam w nich dziewczynę o fioletowo siwych włosach. Louise!
- O kim tak plotkujecie? – spytała z uśmiechem na twarzy.
- O tobie- odparłam.
- Mam nadzieję, że w pozytywnym sensie – zaśmiała się.
- A jakżeby inaczej – uśmiechnęłam się. -  A co cię sprowadza w nasze skromne progi?
- Jak to co? – zdziwiła się dziewczyna. - Jest koncert. Wy na nim występujecie. Powinnyście wyglądać porządnie, wiec oto jestem! – oznajmiła, a ja poczułam, że zaczynam się cieszyć jak dziecko.
- Nie miałaś przygotowywać chłopaków? – spytała podejrzliwie G.
- Już to zrobiłam, a detalami zajmuje się Sophie, więc czas się zabrać za was, dziewczyny. Ktora idzie na pierwszy ogień? – spytała.
-  Ja! – pisnęłam jak dziecko. Louise zobaczywszy sukienkę, którą miałam założyć po koncercie, czyli tę moją czerwoną, stwierdziła, że nie ma co wydziwiać i mam ją w tej chwili założyć, bo to był, jak to ujęła, świetny zakup. Do tego kazała mi założyć granatowe trampki. Tak, żeby nie było zbyt elegancko. Fajne połączenie kolorów, nie? Moje włosy zostały wyprostowane, przez co teraz wyglądały na jeszcze bardziej proste niż w rzeczywistości. Właściwie to były proste jak struny. Do tego zrobiła mi taki ładny makijaż, że aż ledwo siebie rozpoznawałam w lustrze. Wiem, że to mówi wiele o mojej skromności, ale wyglądałam bosko. Chcę stylistkę na stałe! Niestety Louise zmusiła mnie, żebym pozostawiła bransoletkę od Louisa na nadgarstku, co mnie utwierdzało w przekonaniu, że jest ona symbolem nie naszej miłości, ale mojego zniewolenia. Dziś na scenie się uwolnię. W pewnym sensie.
Gdy skończyła ze mną, zabrała się za Gabi.
- Ja tego nie włożę! – pisnęła dziewczyna, gdy Louise chciała ją zachęcić do włożenia sukienki.
- To tylko sukienka! Ona cię nie zje! – próbowała ją przekonać stylistka.
- Jest różowa! – nie do końca. Ja tam bym to bardziej nazwała fioletem, ale dla G wszystko, co choć w najmniejszym stopniu przypomina róż, jest różowe.
- No dobra... – westchnęła Louise. - Znajdziemy coś innego.
- Nie mogę pójść w jeansach? – G popatrzyła na nią błagalnie.
- Chyba sobie żartujesz! Nie ma mowy! – prychnęła.
-  To jest Summer Concert Night! – dodałam, patrząc na Gabi bez cienia współczucia.
- No właśnie! Ubiorę cię w sukienkę, czy tego chcesz czy nie!
- Możesz liczyć na moją pomoc – powiedziałam, uśmiechając się przy tym złowieszczo, na co obydwie się zaśmiałyśmy.
- Pomocy! – pisnęła przerażona G.
- Bo będzie różowa! – zagroziła Louise.
- Już siedzę cicho...
Przygotowanie G zleciało za szybko, a koncert zdążył się zacząć.  Zrobiłyśmy krótką rozśpiewkę z Savanem, żeby rozgrzać głos i przy okazji zabić czas.
Krew w żyłach zmroziło mi dopiero wtedy, gdy z głośników wydobyło się to: „Locked w kulisy”. To już. Znów poczułam ten stres, jak przed występem na O2 Arenie. Tyle, że tu będzie kilka razy tyle osób co tam i znów One Direction będzie nam podnosiło poprzeczkę. Chwyciłam w dłonie gitarę i ruszyłyśmy przez korytarze backstage’u. Stanęłyśmy za kulisami. Chłopcy właśnie kończyli śpiewać „Best Song Ever”. Po tej ich piosence, trochę zepsujemy wesoły nastrój panujący na widowni.
Skończyli. Na widowni rozległy się brawa, a chłopcy ukłonili się i zbiegli za kulisy.
- I jak się podobało? – spytał Harry.
- A jak miało być? – spytałam. – Nie chcę wychodzić po was na scenę!- jęknęłam.
- Tak jakby nie masz wyboru – wtrącił Zayn.
- Dzięki za pocieszenie.
- Nie martw się. Poczekamy tutaj na was, żeby dodać wam otuchy – powiedział Lou i przytulił mnie. – a teraz dajcie czadu!
W tym samym momencie usłyszałam głos prowadzącego imprezę:
- Panie i panowie, a teraz Locked i i ich debiutancki singiel „Pretend we’re ok”!- usłyszałam brawa i to był czas, żeby wyjść na scenę. Oczywiście jak się można było spodziewać prowadzący, zadawał nam pytania, tak jak innym wykonawcom. Nas zapytał się, o czym jest ta piosenka. Lekko drżącym głosem, opowiedziałam na zmianę z G, historię o poszkodowanych przez los nastolatkach, kurczowo ściskając gitarę. Byłam lekko… sparaliżowana. Niestety pytania szybko się skończyły i prowadzący zniknął ze sceny. Trema musiała szybko mnie opuścić, gdyż muzyka sama się dla nas zagrać nie mogła. Po głębokim oddechu byłam gotowa podbić serca ludzi moją piosenką. A widownia wyglądała sto razy lepiej niż w teatrze, bo tu nikogo nie było widać. Przypominała raczej gwieździste niebo, które bije brawa i piszczy jak szalone.


Sądząc po reakcji widowni, chyba im się spodobało. Zeszłyśmy uradowane ze sceny za kulisy, gdzie przywitały nas oklaski chłopaków.
- No, no, no, nieźle! – powiedział z uznaniem Liam.
- Dobry początek – dodał Zayn.
-  Prawie tak dobrze jak my. Jeszcze trochę pracy przed wami. – stwierdził Harry, który najwyraźniej nie dopuszczał do świadomości tego, że mogłybyśmy mieć lepszy debiut od nich i przy okazji chciał się poprzechwalać.
- Rozumiem, że w tym możemy liczyć na wasze wsparcie – uśmiechnęła się do niego Gabi.
- Naturalnie. Na pewno prywatne lekcje się opłacą... – Tak… Ja tam już wiem, co Harry miał na myśli przez prywatne lekcje! Na szczęście Niall im przerwał.
- Ładna piosenka. Sama napisałaś? – spytał mnie, uśmiechając się lekko. Głupi. Przecież doskonale wiedział, że ją sama napisałam. Słyszał ją już drugi raz. Gdy wysłuchał jej za  pierwszym razem, pokłóciliśmy się, a potem… jakby to ująć… przeprowadziliśmy dokładną analizę tekstu… Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie.
- Tak – odparłam dumnie.
- Naprawdę? – zdziwił się Louis. - Van D mówił, że wam znajdzie jakiegoś tekściarza.
-  Jednak Wiki go ubiegła – uśmiechnął się Niall. Chyba był najwyraźniej zadowolony, że zaśpiewałam tę piosenkę. Jakby nie patrzeć, ta piosenka była piosenką dla niego. G walnęła za to Horana w ramię.
- Stop... Nie ogarniam- Lou zrobił niezwykle inteligentną minę. -  O co chodzi w tej piosence?
- Słyszałeś już przy pytaniu od prowadzącego – mruknęła Gabi.
- A tak naprawdę? Wiki, ty ją napisałaś, powiedz – brunet spjrzał na mnie wyczekująco. Cholera. Nie wystarczy mu to, co wie?
-  Ja... – zaczęłam. Może by tak powiedzieć prawdę? Ciekawe, jaka byłaby jego mina… – Chodzi o to, że był taki związek, w którym dziewczyna była zakochana do szaleństwa w pewnym chłopaku, ale z przyczyn wyższych musieli się rozstać. Ta dziewczyna została zmuszona do związku z innym chłopakiem – powiedziałam trochę za szybko. Niall popatrzył na mnie zaniepokojonym wzrokiem. Chyba on też nie chciał, żeby się wydało. Już miałam kontynuować, gdy zrobiła to za mnie Gabi.
- Ale oni nic do siebie nie czuli. Udawali, że są zakochani, jednak tak nie było. Więc dziewczyna śpiewa do swojej miłości. Koniec pieśni – zakończyła.
- A co to za dziewczyna? – dopytywał się Louis. Mówił ci ktoś kiedyś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła?
- To... – zająkałam się. Co teraz zrobić?! Louis patrzyła na mnie wyczekująco, a ja miałam wrażenie, że jeśli zaraz czegoś nie powiem, to on się domyśli i złamię mu serce na miliard kawałeczków. Moje rozpaczliwe poszukiwania wytłumaczenia, przerwało ostentacyjnie ciężkie westchnienie Gabi.
- Możesz mu powiedzieć... – popatrzyłam na nią pytająco, a ona rzuciła mi spojrzenie z serii „ratuję ci tyłek”.
- Na pewno? – spytałam.
- Jak widać pan ciekawski musi wiedzieć... – mruknęła dziewczyna.
- Czyli? – tak, serio Louis jest niezmiernie ciekawski.
- To była moja siostra- powiedziała dziewczyna. Co? Jej siostra? To ona ma siostrę?
- Że co?! – zdziwił się chłopak.
- Chłopak chorował na schizofrenię, więc pod koniec ich związku twierdził, że jej nienawidzi.
- Tak mi przykro – powiedział Lou, ale miałam wrażenie, że nie było mu przykro. - Ale dlaczego napisałaś tę piosenkę ty, Wiki? – serio, Tomlinson?!
- Dla G to było zbyt ciężkie, a to przesłanie jest ważne, że trzeba być w szczerym związku z miłości – wyjaśniłam.
- Tak jak my – stwierdził Louis. Uśmiechnął się i przytulił mnie. Gdybyś tylko wiedział… - a niezniszczalna G ma swoją słabość! – oberwał od niej w głowę. - Ała!
- Nie bij mi chłopaka! – popatrzyłam na nią z udawaną złością. Ach my aktorki…
-Zasłużył!
- No w sumie...
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie?! – chłopak popatrzył na mnie z niedowierzaniem, a ja pokazałam mu jezyk.
- Czy po tym wykładzie możemy juz iść jeść? – spytał zniecierpliwiony Niall.
- Pewnie. Do Nandos? – zaproponował Liam.
- Za chwilę do was dołączymy – powiedziałam i poczekałam, aż chłopcy odejdą, żeby zwrócić się do Gabi. - Z tym chłopakiem to tak na serio?
- No coś ty! Ja nawet siostry nie mam!
- Jesteś geniuszem!
- Wiem. Co do zasady uratowałam ci tyłek! Tylko na jak długo...
- Mam nadzieję, że dłużej niż trasa koncertowa...
W tym samym momencie zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się nieprzyjemne „Van D's Office”. Czego on teraz ode mnie chce? Pokazałam G telefon i wymieniłyśmy zdziwione spojrzenia.
- Lepiej to odbierz - poradziła dziewczyna.
- Ta... – mruknęłam i nacisnęłam zieloną słuchawkę. – Tak, słucham?
- Victorio, tu Veronique - czyli osobista sekretarka van der Woodsena, dziewczyna, która w upalny dzien w skąpej sukience rozprowadzała zimne napoje w sali konferencyjnej. - Pan van der Woodsen chce się z tobą widzieć.
- Ze mną? - zdziwiłam się.
- Tak. Prezes czeka na ciebie w swoim biurze.



-----------------------
Hej!
dziś piszę na koniec ale nie mam nadzieje, że przeczytacie ;)
wiem nie pisałam od stu lat, ale liceum daje mi mocno w kość.. nie martwcie się nie kończę s tym! bo przerwałabym chyba w najciekawszym momencie ;3 następny rozdział będzie zawierał treści nie dla dzieci i przemoc ale co to dla Was jak przebrnęłyście przez wszystko to będzie lajcik ;)
no i komentujcie!
p.s. wyczuwam powrót weny, bo mam nareszcie ferie!!!
Wiku.xxx

14 komentarzy:

  1. super rozdział już się nie moge doczekać nastęnpego ;) <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi ze ja tez ;) <3 mysle ze pojawi sie w ten weekend skoro mam ferie ;)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra... jakby to nazwać... jestem wściekła bo napisałam komentarz i mi się cały usunął, ale będę dobra i napiszę go drugi raz ;)
    Biedna Vic... Niall robi jej takie niespodzianki, a ona nie może mu normalnie podziękować, chociaż mieszka za ścianą :( ale jednak dziękuje... ciekawa jestem jaka był jego reakcja jak przeczytał tego sms'a
    Hahaha, wreszcie coś o Lottie, Fizzy i Zuzi :D kupowanie sukienek... Vicky nie mogła sobie kupić niebieskiej sukienki :( trzeba jej było kupić sobie dwie
    hahaha dziewczyny w zoo :D
    Obiad... czy to na pewno był dobry pomysł, żeby Gabi i Hazza robili jedzienie razem? Ale sukces... Niallowi albo znudziło się bycie chamem, albo zmiękło serce bo nawet przeszli z Vic do jego apartamentów bez kłótni i dziwnych min ;) :D
    ale kłótnie Harry'ego i G są takie... wesołe? :D :D :D
    Nialluś spiewał 'On my own'! Nawet taka mała dziewczynka jak Lux może sprawić, że Wiki upewnia się w tym, że Niall ją kocha :D kocham ten kawałeczek, jest piękny <3
    hahahaha G nie chce włożyć różowej sukienki :D :D :D ciekawe do złożenia czego w końcu ją zmusiły ;)
    hahahaha na miejscu Louisa też uważałabym tą piosenkę za podejrzaną... ale to wszystko przez Nialla, to on wkopał Vic :( ale Gabi ją uratowała :D hahahaha spontaniczne tłumaczenia
    hahahaha Van der Woodsen chce się spotkać z Vicky...
    Dobrze, że wena wraca, mam nadzieję że powstaną nowe rozdziały :D hahaha, i że będę mogła je przeczytać (i skomentować?) we Włoszech :D
    Mala :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmieszy Cię to, ze Van der woodsen chce sie z nią spotkać?!

      Usuń
    2. To nie jest śmieszne ani troche...
      A dziewczyny były bo sie wszyscy czepiali, ze jest ich za mało :3 niedługo pożegnamy sie z nimi na dłuższy okres czasu, bo wakacje sie kończą,.. A co to moze oznaczać?

      Usuń
  4. Są takie dni, kiedy wszystko mnie śmieszy... nie, no w sumie to biedna jest bo Van der Woodsen chce się z nią spotkać :( to znaczy dla niej nie za fajnie, bo musi, a dla mnie fajnie bo będzie co czytać ;)
    a tak by sb Vic wróciła do Polski po wakacjach, a teraz musi zostać (hahaha ale przynajmniej nie bd musiała się rozstawać z Niallem... jeśli już na razie nie muszą być rozstajnięci :() nwm co to może oznaczać, że wakacje się kończą :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bedzie musiała rozstawać sie z Niallem? Przecież oni nie są razem! A oni jadą w trasę u know... I tak pol roku spędzi bez louisa i bez nialla... No dobra nie pol roku ale prawie 4 miesiące... Sama, moze zdobędzie czas na przemyślenia... No i nie wiadomo czy nie bedzie cierpieć, skoro niall jej nie wybaczył... I so

      Usuń
    2. I skoro wybrał bycie dupkiem... No to kto wie, co th sie bedzie działało?! Poor little vic,.. Problemów tylko przybędzie,.. Muahahahahaaaa

      Usuń
    3. napisałam przecież że są rozstajnięci :( ... jadą w trasę same? nie potrafię sb tego wyobrazić :( sama, samiusieńka Vic... no dobra, razem z G to już taka nie samiusieńka... ale może Niall jej wybaczy...? (pewnie raczej nie :() Kto tam zna tę jego irlandzką głowę... skoro ją kocha to powinien wybaczyć i wszystko było by ok... albo raczej nie, bo jest jeszcze Louis... to wszystko przez niego! Biedna, cierpiąca Vicky :'(
      Nieładnie tak męczyć bohaterów ;)

      Usuń
    4. Chlopcy jada w trase ;) nie dziewczyny... A niall... Sama chcialabym wiedzidc, jak dziala ta jego irlandzka glowa... A to, ze ją kocha to tylko jej domniemania... Moze to byl przypadek... :/
      Powiem tak.., nastepny rozdzial bedzie... Przelomowy

      Usuń
  5. Zajebisty rozdzial... czekalam tak dlugo, ale sie oplacilo <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje ❤️❤️❤️ milo mi to szlyszec ;) następny jest moim ulubionym :3

      Usuń
  6. Witam, witam i pozdrawiam! Komentarz przybywa!!! :D

    Lubię ten rozdział. Taka prawie cisza przed burzą, ale nie taka cicha. Ten występ i w ogóle. Przypuszczałam, że Louis będzie się wypytywal o piosenkę, ale gdyby Niall go nie podpuścił, to może... Nie, raczej nie. On zawsze jest taki wścibski. Ugh... Nie dziwi mnie, że go nie lubię. A wracając do tego, co zaczęłam, to Vic czasem mało myśli, co gdyby G się nie odezwała i nie wymyśliła tej bajeczki o siostrze i jej schizofrenicznym chłopaku (skojarzylo mi się z "pięknym umysłem". Jak ja uwielbiam ten film <3), Lou by się załamał i wszystko by się wydało, wszystko ległoby w gruzach. Masakra... Choć i tak Van der Woodsen o tym wszystkim wie, gierkach, nie-gierkach, miłościach, udawanych związkach, więc mają przekichane all the way i tak. Jednak Lou wiedzący o tym, że Vic go nie kocha i nigdy nie kochała, byłby nieciekawym widokiem, który mógłby się przerodzić w jeszcze gorszy, czytaj martwy Louis Tomlinson, a to wiemy czym się kończy -> depresją i samobójstwami milionów fanek, bo ich idol umarł i ich ukochany zespół się rozpadł, a i zapomniałabym o nagonce na Vic. Optymistyczna wizja, nie? To wszystko wina The Vampire Diaries, czyli Twoja, bo przez Ciebie to oglądam! (Love U anyway :*)
    Co do rozdziału, dobrze, że wspomniałaś o dziewczynach, bo zarzuty, że ich mało było, były dość prawdziwe. W końcu Vicky przeżyła normalną odsłonę wakacji. Zakupy, zoo, pomińmy G i Harry'ego :P - ogólnie życie nastolatki, bo niestety się zapomina, że ona ma tylko 16 lat i gdy się o tym myśli, to ta informacja należy do przytlaczajacych... Jednak sumarum do kupy miło było sobie przypomnieć o wieku głównej bohaterki ;)
    A teraz pięć minut dla naszego kochasia-dupka Nialla Horana. To, że kocha Vic, wiemy, ale czemu mu tak odwala? Stop. Wiemy. Zdradziła go z jego PRZYJACIELEM i jest teraz z nim, co z tego, że udawanym, ale nadal ZWIĄZKU. Dochodzę do wniosku, że w sumie nie ma tu nic dziwnego. On jest zraniony i zakochany, a ona jest dzieciakiem, ktory ma nadzieje, ze jesli wyleje mleko, to zaraz ktoś przybiegnie ze ściereczką, zeby je wytrzeć. Niespodzianka! Trzeba zainwestować we własną szmatę. Życie.

    To by było na tyle z mojego ambitnego komentarza. Oby okazał sie byc satysfakcjonujący. ;)

    xoxo
    G

    OdpowiedzUsuń